Notki z roku 2004 i miesiaca numer 1


2 stycznia 2004 (piątek), 12:06:06

Doktory ...

1. Kawał

Lord do Hrabiny:
- Pani, czy oda mi się pani za milion funtów?
- Za milion funtów? Tak Lordzie.
- A za 15 funtów?
- Ależ Lordzie, za kogo mnie pan uważa?
- Za kogo uważam to już ustaliliśmy, teraz tylko targujemy się o cenę.

2. Z telewizji

"Nie damy się kupić, a zwłaszcza za 15zł" powiedział lekarz, członek Porozumienia Zielonogórskiego dla dziennikarzy telewizji Polsat. Wypowiedź dotyczyła leczenia pacjentów przez nieposiadających kontraków z NFOZ-em lekarzy. Tych lekarzy nie da się kupić, a zwłaszcza nie da się ich kupić za 15zł!

(Informacje, 31 grudnia 2003, godzina 18.oo)

3. Pacjenci

"Ludzie, chowajta się! chowajta! doktory jadą, będą do szpitala zabierać!"

Maria Dąbrowska, "Noce i dnie", epidemia tyfusu w majątku Serbinów.

4. Dualizm

  1. Można powiedzieć, że lekarz to zawód jak każdy inny, a więc komuś kto jest lekarzem, za jego prace należy się opłata. Przecież na codzień postępujemy tak z malarzami, mechanikami samochodowymi, prawnikami. Więcej, skoro to zawód jak każdy inny to należy wprowadzić normalne mechanizmy rynkowe, konkurencje, wolność zawodu, swobodne kształtowanie cen.

  2. Można też powiedzieć, że lekarz to służba, gdyż człowiek chory to człowiek w wielkiej potrzebie, dużo większej niż potrzeba pomalowania mieszkania, naprawienia samochodu czy napisana pisma adwokackiego. W takie potrzebie może pomóc lekarz.

    Ta szczególna potrzeba człowieka chorego bierze się z dwóch elementów:

    • człowieka chorego najczęściej coś boli a czasem nawet boli bardzo - dyskomfort spowodowany chorobą powoduje, że chcemy z niej uciec;

    • często człowiek jest bliżej śmierci niż człowiek zdrowy a ponieważ ludzie lubią żyć, to od śmierci również starają się uciec.

    Oba te elementy zahaczają o metafizykę co powoduje, że zawód lekarza tym bardziej przestaje być zawodem a zaczyna służbą.

  3. Tak więc lekarz to szczególny zawód albo szczególna służba. I ten dualizm jest jakże często wykorzystywany przez polityków, lekarzy-polityków i samych lekarzy. Jak jest w danej chwili wygodniej, tak mówią. Co jest bardziej korzystne - tak czynią. Szkoda.

5. Cytat z apokalipsy

I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły, i morza już nie ma. I Miasto Święte - Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi, i będą oni jego ludem, a On będzie Bogiem z nimi. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły.

(Apokalipsa 21.1nn za Biblią Tysiąclecia)


6. O reformie

Pisałem kiedyś o tym gdzie się zgubiły pieniądze przeznaczone na leczenie. Notka Reformy w ochronie zdrowia z 10 października 2003 r.


Kategorie: etyka, _blog


Słowa kluczowe: prostytucja, etyka, moralność, reforma, ochrona zdrowia, kasa chorych, NFOZ


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
2 stycznia 2004 (piątek), 12:15:15

Do czego służy Nowy Rok

23.59 i 55 sekund, 56, 57, 58, 59 (!!!) Mamy nowy, 2004 rok!

To znaczy, że za 1998 już nas nie mogą kontrolować! Można wywalić wszystkie faktury, zaświadczenia, rachunku, papiery, PIT-y i VAT-y, bo za 1998 już przyleźć nie mogą!

Czy Sylwester może być smutny? Radujmy się bo Urząd Skarbowy za 1998 rok już nas nie ruszy!

Mogą jeszcze za 2003, 2002, 2001, 2000, 1999 więc do następnego Nowego Roku.


Kategorie: obserwator, ekonomia, _blog


Słowa kluczowe: podatki, VAT, PIT, Nowy Rok, ekonomia, Sylwester


Komentarze: (3)

eeeee, March 21, 2004 10:56 Skomentuj komentarz


urzad skarbowy ma 5 lat na kontrole.... ale poczawszy nie od konca roku .. ale od konca roku w jakim nalezy przedlowyc dokumenty, czyli za rok 1998 nalezy je trzymac do konca roku 2004

myslicielka, January 3, 2004 19:33 Skomentuj komentarz


przynajmniej wiecej miesjsca w szafie

wings, January 3, 2004 12:40 Skomentuj komentarz


uffffffffff...
Skomentuj notkę
4 stycznia 2004 (niedziela), 10:55:55

Ziemia obiecana #2 (z cyklu: to lubię)

Bucholc nie żyje! pan wie?... Miał fabryki, miał miliony, był całym hrabią i nie żyje!

A ja nie mam nic i jeszcze na jutro mam protestowane weksle, ale ja żyję!

Pan Bóg jest dobry, Pan Bóg jest bardzo dobry!

Władysław Reymont, Ziemia obiecana, rozdział XVI, w wersji filmowej kwestia wypowiedziana przez Dawida Halpem w czasie pogrzebu Bucholca.
  • Książkę poczytać można pod: http://monika.univ.gda.pl/~literat/ziemia/
    a ściągnąć spod adresu: http://e-biblioteka.pl/www/static/p.php?157
  • W ustach Żyda te słowa jakoś brzmią dziwnie. Chyba będzie to kolejny punkt do przemyślenia materiału pt: "Czy życie ludzkie jest najwyższą wartością?". Ostatnio artykuł JKM w Najwyższym czasie dał mi już do myślenia na ten temat, więc pewnie czas się za to zabrać na poważnie.

Kategorie: to lubię, film, _blog


Słowa kluczowe: Ziemia Obiecana, Reymont, Bucholc, śmierć, umieranie, Bóg


Komentarze: (2)

w34, January 5, 2004 14:43 Skomentuj komentarz


No jasne. Ciągle jestem zakręcony przez "Faraona".

Już poprawiam.

speedy, January 5, 2004 14:15 Skomentuj komentarz


bolesław prus????? jaki bolesław prus????
przecież to niejaki władysław st. reymont to napisał! chyba, że literaturoznawcy mówia teraz co innego...
Skomentuj notkę
5 stycznia 2004 (poniedziałek), 14:39:39

Postmodernizm po raz osiemset trzydziesty czwarty.

Zastanawiam się dlaczego tą zmianę epok odbieram tak bardzo negatywnie. Postmodernimz odbieram jako chaos, bałagan, żeby nie powiedzieć burdel (z znaczeniu "jeszcze większy bałagan"). Nie widzę w nim nic pozytywnego, co więcej - postrzegam go jako coś grzesznego, złego, z czym nie powinno się mieć doczynienia.

A przecież to tylko zmiana systemu myślowego, w którzym po prostu inne rzeczy są inaczej wartościowane co wcale nie determinuje ich oceny moralnej. Mało tego - w takim świecie muszę żyć, więc muszę to wszystko jakoś zaakceptować.

Znowu muszę coś przemyśleć.


Kategorie: postmodernizm, _blog


Słowa kluczowe: postmodernizm


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
5 stycznia 2004 (poniedziałek), 18:17:17

Postmodernizm po raz ...

O współczesnej mieszance modernizmu i postmodernizmu. Umieszczam ten cytat bo dosć jasno opisuje to co się dzieje:

(...)

Podstawowym powodem obserwowanych obecnie trudności w osiągnięciu wolności przez człowieka, żyjącego w cywilizacji Zachodniej, jest dominujący typ kultury. Mamy do czynienia z dominacją dwóch trendów kulturowych. Pierwszym z nich jest modernizm. W dziedzinie poznania modernizm charakteryzuje się racjonalizmem, gromadzeniem wielkiej ilości danych statystycznych, opieraniem się na precyzyjnej logice faktów. Natomiast w dziedzinie działania modernizm kieruje się zasadą skuteczności i dążeniem do maksymalizacji osiąganych rezultatów. W konsekwencji modernizm umożliwia wzrost ekonomiczny, doskonalenie narzędzi produkcji i organizacji pracy, skuteczne działanie mediów. W modernizmie dominuje kryterium zysku i władza pieniądza, której podporządkowane jest nie tylko życie ekonomiczne i polityczne, ale nawet osobiste, rodzinne i artystyczne człowieka. Zupełnie inna jest logika postmodernizmu. Modernizm ignoruje pojedynczego człowieka, jego sytuację życiową, jego podmiotowość. Podporządkowuje życie ludzkie prawom ekonomii, techniki i skuteczności działania. Tymczasem postmodernizm jest wyrazem uprzywilejowania subiektywności pojedynczej osoby. W postmodernizmie wszystko jest subiektywne, dowolne, relatywne, indywidualne a najważniejszą wartością staje się tolerowanie wszelkich subiektywnych postaw i zachowań.

Wydawałoby się, że w obliczu tak sprzecznych trendów kulturowych, współczesny człowiek musi dokonać radykalnego wyboru między modernizmem a postmodernizmem. Tymczasem obserwujemy niezwykły fakt, iż w cywilizacji Zachodniej postmodernizm nie zastąpił modernizmu, lecz oba te teoretycznie wykluczające się systemy kulturowe, znalazły sposób na harmonijne współistnienie. Modernizm nadal w sposób bezwzględny wpływa na życie współczesnego człowieka w wymiarze ekonomicznym, politycznym i społecznym. Z kolei postmodernizm zdominował życie osobiste, rodzinne i obyczajowe poszczególnych ludzi. Okazuje się, że tego typu splot modernizmu i postmodernizmu ma bardzo negatywny wpływ na sposób interpretowania i przeżywania ludzkiej wolności. Wspólną płaszczyzną obu tych kierunków jest materializm, czyli patrzenie na człowieka oraz na przejawy jego działalności jedynie poprzez pryzmat cielesności i emocjonalności oraz dążenie do materialnego jedynie dobrobytu. W tak zredukowanym spojrzeniu na człowieka nie ma miejsca na dobrobyt duchowy, na sferę moralną, na szukanie sensu życia, na spotkanie z Bogiem, na odpowiedzialną wolność.

Okaleczenie ludzkiej wolności na skutek konsensusu między modernizmem i postmodernizmem najłatwiej zauważyć, obserwując pokolenie ludzi młodych. Większość z nich bezkrytycznie przyjęła subiektywistyczne zasady kultury postmodernistycznej, ale - zgodnie z dyktatem modernizmu - ograniczyła je wyłącznie do życia osobistego i obyczajowego. Młodzi są przekonani, że w świecie ich prywatności nie musi istnieć żadna prawda obiektywna, żadne obiektywne normy moralne czy zobowiązania prawne, że mogą robić to wszystko, czego subiektywnie pragną i co subiektywnie uważają za słuszne. W tej perspektywie wyrazem wolności jest kierowanie się cielesnymi i emocjonalnymi odczuciami oraz subiektywnymi przekonaniami. Największą zaś wartością nie jest już miłość czy prawda, lecz tolerancja. I to tolerancja rozumiana jako przekonanie, że nie istnieje obiektywna prawda, obiektywne dobro, ani jakiekolwiek obiektywne kryterium ludzkiego postępowania. W tej perspektywie nie da się i nie należy odróżniać dobra od zła, prawdy od fałszu, dojrzałych postaw od zachowań patologicznych, gdyż według postmodernizmu dosłownie wszystkie poglądy i postawy są równie słuszną alternatywą.

(...)

Ks. Marek Dziewiecki, Człowiek w obliczu wolności, http://adonai.pl/czytelnia/r8.htm

Dobre.

I jeszcze jedno, choć tu mi się wydaje, że autorka miesza postmodernizm z panteizmem. A może nie? Może po prostu panteizm się wyraża właśnie poprzez ten nowy prąd myślowy?

Główne cechy postmodernizmu jako ogólnego podejścia do świata polegają, jak się wydaje, na skrajnej, wszechobecnej, podważającej wszystko ironii; na niekończącym się samokwestionowaniu; na odrzuceniu wszelkich autorytetów i wiary w absolutne, obiektywne wartości; na odrzuceniu, jako anachronicznych i nierelewantnych, wszystkich pewności XIX-wiecznej (i wcześniejszej) Europy i jej kultury - kultury dla młodych pokoleń teraz nie mniej obcej niż starożytne Ateny. Postmodernizm twierdzi, że nie ma prawdy obiektywnej ("metanarracji") ani historycznej. Wszystkie nasze poglądy i przekonania są historycznie lub społecznie uwarunkowane; nie ma nic, co byłoby neutralne pod względem wartości lub wolne od założeń. Wszystko - wszystkie teorie i poglądy, wszystkie nauki, również ścisłe (wiedza naukowa, pisał Jean-François Lyotard w 1984, jest "rodzajem dyskursu"), wszystkie wartości i przekonania - są jedynie "językami". (A zatem i postmodernizm jest tym, czym mnie się wydaje; nie ma różnicy między tym, czym jest "naprawdę", a tym, czym jest "dla mnie", nie ma bowiem czegoś takiego jak bycie czymś "naprawdę", absolutnie, obiektywnie. Są tylko różne możliwe języki - sposoby patrzenia na świat). Mój pogląd jest tak samo słuszny jak każdy inny; "prawda" o czymś składa się z wielu różnych - i może ze sobą sprzecznych - indywidualnych prawd; prawda i rzeczywistość są zależne od punktu widzenia. Należy jednak zauważyć, że twierdzenie to (że prawdy nie ma) jest częścią tej samej postmodernistycznej teorii, która głosi, że twierdzenie, iż prawdy nie ma, jest twierdzeniem zgodnym z prawdą.

(...)

Agnieszka Kołakowska, Czy możliwa jest religia postmodernistycznia?
http://www.znak.com.pl/znak/kolakowska548.html

Autorka na postawione w tytule pytanie odpowiedziała krótko: nie. Na tym zakończył się zresztą jej artykuł - wyjątkowo krótki, bo zawierający tylko jedno słowo, za to bardzo długi przypis do niego.

Myślę jednak, że jest w błędzie. Taka religia jest możliwa: w końcu buddyzm i hinduizm to właśnie takie postmodernistyczne religie a i pewne kierunki współczesnego katolicyzmu (np. Antoni de Mello) pełne są pokrętnego myślenia (albo jak kto woli niemyślenia).


Kategorie: postmodernizm, _blog


Słowa kluczowe: Marek Drzewiecki, postmodernizm


Komentarze: (2)

zjamyfukuyamy, January 15, 2004 00:27 Skomentuj komentarz


agnieszka kołakowska jest strasznie irytującą osobą, nie pamiętam, abym kiedykolwiek się z nią zgadzał. no i nazywa gender studies chorobą!

weronika, April 14, 2008 20:38 Skomentuj komentarz


jasno powiedziane .m. i pm.roznice i zbieznosci. lubie czytac ks.m.dz. weronika
Skomentuj notkę
6 stycznia 2004 (wtorek), 15:34:34

Postmodernizm po raz ... +1

Bardzo często, gdy toczy się publiczna dyskusja o modernizmie pojawia się ten oto obrazek pana Eugène Delacroix pod tytułem "Liberty Leading the People".

delacroix liberty

I wtedy ja muszę zastanawiać się, co wspólnego ma modernizm z gołym cyckiem tej pani? Może gawrosz będzie wiedział?

Na barykady ludu roboczy (...) w niej tylko życie, więc idziem żyć! :-)

Dopisek:

Marek sugeruje, aby podpis był po francusku, bo taki ma być. Zamieszczam więc oryginalny tytuł:

"Le 28 Juillet. La Liberté guidant le peuple"

Żeby jednak być zgodny z ustawą o języku podam też, że po naszemu to jest:

"Wolność wiodąca lud na barykady"

a dla mieszkańców Śląska Opolskiego ewentualnie tak:

"Die Freiheit führt das Volk"

no i jeszcze raz po angielsku:

"Liberty Leading the People".

Te wariacje językowe nie odpowiadają jednak na pytanie dlaczego wolność jest tak ślicznie obnażona.

Marku, dziękuję.


Kategorie: postmodernizm, obrazy, _blog


Słowa kluczowe: postmodernizm, Delacroix, Wolność


Komentarze: (2)

pomoc-drogowa, January 12, 2004 19:25 Skomentuj komentarz


nie rozumiesz jakie to ma powiązanie ? nie rozumiesz dlaczego ten obraz dają ? nie rozumiesz ? jejku...

marekm, January 5, 2004 21:42 Skomentuj komentarz


Nie jest chyba postmodernizmem podpisywanie tego obrazu tytułem w języku angielskim :)

Jak dla mnie to podpis powinien wygladać tak:

Le 28 Juillet. La Liberté guidant le peuple.

lub tak:

Wolność wiodąca lud na barykady.

A dla mieszkańców Śląska Opolskiego ewentualnie tak:

Die Freiheit führt das Volk

;)
Skomentuj notkę
6 stycznia 2004 (wtorek), 16:02:02

Leon zawodowiec (z cyklu: to lubię)

"Leon Zawodowiec", scena drugiego spotkanie bohaterów

Matylda:
- Życie zawsze jest takie trudne, czy tylko kiedy jesteś dzieckiem?

Leon:
- Zawsze.

 

Luźne myśli:

  1. Kupiłem, bo dałem się zwieść cenie (choć nie widziałem jeszcze Leona ... na DVD za duże pieniądze). Jak się kupuje film razem z kolorową gazetką to kupuje się go za normalne pieniądze, W tym wypadku kupiłem z jakąś kolorową gazetką za 8,99 zł i teraz nie wiem co o tym myśleć bo ...

  2. Wkładam, uruchamiam i ...

    ... i niestety muszę się naoglądać reklam innych filmów, na które wydawcy tej gazetki chętnie by posłali swoich czytelników. Po prostu, aby więcej zarobić wydawcy gazetki biorą pieniądze od dystrybutorów filmów za obowiązkową reklamę.

  3. Nie wiem też co o tym myśleć, bo sam film pozbawiony jest jednej z kluczowych scen. Po wyzwoleniu Matylny z rąk policji nie ma sceny w której przebiera się ona w otrzymaną od Leona czerwoną sukienkę. Nie ma bardzo ważnej rozmowy o młodości Leona, która tak wiele wyjaśnia.

    Jak to możliwe, żeby coś takiego wydawać? Czy producent filmu godzi się na to? A może to jest wersja dla ubogich? Co z prawami autorskimi reżysera? Dziwne to to.

    Nie wiem nawet czy można się na coś takiego poskarżyć. Bo niby co: napiszę do tej gazetki, że sprzedali mi niekompletny film na 8zł? Albo poskarżę się producentowi, że w Polsce jakaś gazeta niszczy jego dzieło?

  4. Leon to nie jest film o zabijaniu - to film o o miłości, choć właściwie nie o miłości ale o jej braku. To film o tym, co dzieje się z ludźmi, którzy nie mieli i nie mają normalnej miłości.

  5. Jeszcze o tych reklamach. W reklamie pierwszego filmu tylko dwa razy kopulowali. W reklamie drugiego 6 scen jest delikatnie mówiąc niestosownych  - dużo można wsadzić w niecałe 2 minuty. Trochę to mówi o tym do kogo te filmy (a właściwie reklamy) są adresowane.

  6. I jeszcze o tych reklamach. Oczywiście nie działa przewijanie, przeskoczenie, przyspieszenie ale znalazłem metodę aby nie oglądać tego zawsze jak będę chciał zobaczyć Leona. Po prostu na początku właściwego filmu zrobiłem sobie znacznik w moim DVD i teraz płytę startuje od tego miejsca. Archimedes?

  7. Jest jednak jeden plus tej płyty - mimo braku kluczowej sceny cieszę się jakością obrazu i dźwięku (szczególnie jak Matylda wali ze spluwy przez okno). Jednak DVD to jest klasa w porównaniu z Divix-em i VHS-em.

  8. DVD ma jeszcze jedną zaletę: można sobie dokładnie przeczytać napisy, a pisze dużo ciekawych rzeczy. Np. to, że utwór "Venus as a boy" to gra BJORK, czego nie wiedziałem bo skąd mam to wiedzieć.

"Leon", scene in the roof

Mathilda:
- No womens no kids, right?

Leon:
- right.


Kategorie: to lubię, film, _blog


Słowa kluczowe: Leon zawodowiec, film, Matylda, morderca, Nowy Jork


Komentarze: (6)

pomoc-drogowa, January 12, 2004 19:17 Skomentuj komentarz


A może to jest wersja dla ubogich?

- te! ty mi tu ubogich nie sprowadzaj do nie wiadomo kogo.

jot, July 15, 2006 21:33 Skomentuj komentarz


tak się składa że również jestem posiadaczem owej płytki, to że film jest pozbawiony kilku scen nie jest winą owej gazetki. Po prostu 'Leon' ma kilka wersji, widocznie gazetka nabyła prawa do tej krótszej. Z tego co wiem Polsat, jak powtarza kolejny raz 'Leona' emituje dłuższą wersję. Aby mieć pewność, że nabywamy dłuższą wersję radzę rozejrzeć się za 'Leon - Director's Cut'. Pozdrawiam jot

szarik, June 1, 2008 20:34 Skomentuj komentarz


Tak się niestety składa, że te sceny zostały ocenzurowane. Zbyt dużo podtekstów miłości do nieletniej, nie ma też dosyć długiego fragmentu, jak Matylda uczy się sprzątać i chodzi z Leonem na akcje. Ogółem brakuje 30 minut filmu.
Dlatego ja się szczycę napisami. W końcu czytać się umie.

anonim, September 20, 2010 18:31 Skomentuj komentarz


Po dłuższych poszukiwaniach udało się znaleźć na YT pełną wersję Leona Zawodowca. Pełną, tzn. zawierającą scenę w restauracji (szampan działa na małolaty), naukę sprzątania, wspólne akcje, historię opowiadaną przez Leona oraz scenę lekko łóżkową. Ponoć to 24 minuty - ponieważ pierwszy raz oglądałem Leona w pełnej wersji wszystko to c...o potem pokazywali w TV albo co było dostępne na tanich płytach DVD wydawało mi się jakoś niepełne.

Leon to bardzo ciekawy film. Podobnie jak Goodbye Lenin film o miłości.

http://www.youtube.com/watch?v=zSKEze7y3-o&feature=related

anonim, September 20, 2010 18:42 Skomentuj komentarz


No i jeszcze scena jak Matylda myśli i płacąc 100$ spławia z podwórka małolatów aby jej się lepiej myślało.

anonim, September 20, 2010 18:45 Skomentuj komentarz


Leon Zawodowiec - Scenariusz, a właściwie kawałki

http://the-professional.uw.hu/Version_1_Script.html

Version 1 Script
from an original idea by Luc Besson

Notes:

The beginning is identical to the movie, so we considered useless reporting it here.

It's from Mathilda's first rifle training scene that the original script is totally different from the movie. This version is much more violent and the affective relation between Léon and Mathilda shows no more ambiguities. In this version, Mathilda was to be aged 13 or 14.



* * * * * * * * * *


two on the roof



Léon and Mathilda arrive on the roof of a building which faces Central Park. They get close to a wall and maintain this position. Sunlight floods the park.

LÉON (concentrated)

Firstly, you look. For more than one minute. Because there are alarm systems with one minute period. Therefore, you wait and look. Alarms firstly, the sky for helicopters, nearby buildings. Meanwhile, you observe the floor's color and will try to wear dresses of the same color. Never lighter.

Mathilda listens very carefully.

LÉON

OK. Good. Now you can assemble your weapon.

He opens the violin case and assembles a rifle with telescopic sight and silencer.

LÉON

The rifle is the first weapon you learn to use, because you can keep distance from the client. The more experience you have, the closer you get.

He finished assembling the weapon and hands it to Mathilda. She's going to pull off telescope's cover.

LÉON

No. Never take it off until the last minute, because it reflects light. They'll see you in two seconds.

They get close to roof's edge. Mathilda sits down and gets in position.

LÉON

Relax. You must feel at ease.

Mathilda leans down properly.

MATHILDA

OK, I'm fine.

LÉON

Good.

He removes the telescope's cover.

LÉON

Here, this is the light amplificator for night shooting. There, you fix the client's distance... How much to the bench down there in the park?

MATHILDA

Huh... 500 meters?

LÉON

130... 140...

MATHILDA

How can you say it?

LÉON

Look. When you can see his fingers, it's 50 meters. When you just see his hands, it's about 80 meters. When you distinguish arms from body, it's 120-130. When you see nothing more than a shape, you don't shoot. Not very sure. You have one chance out of five to miss. A contract means getting all chances on your side. 5 out of 5. You can't miss a client. Never... If the task is delicate or the risk is too big, you double. That is, you insure yourself by another mean.

MATHILDA

What, for example?

LÉON

Well, if the guy is far, in a car, and I know the weather is going to be bad, rainy for example, I think I would plastic the car, with a remote here. I shoot from the distance and if I miss I plastic.

MATHILDA

What if you can't approach the car or he changes car?

Léon thinks.

LÉON

Rocket launcher.

MATHILDA

Oh really?

(She looks at the road and imagines)

But can you miss the car?

Léon pulls a small box out of the violin.

LÉON (showing a special bullet)

It's a coded bullet... You put it in the rifle, you glue it to the car, no matter where. Then you take your rocket launcher and the rocket will get there automatically.

MATHILDA

Wow! It's brilliant!

LÉON

Yeah... Come on, have a little training.

Mathilda gets in position.


in position



MATHILDA

Who'll I aim at?

LÉON

Whoever.

Léon pulled out binoculars. Mathilda looks for a victim by telescope. She passes over playing kids.

MATHILDA

No women... No kids....

Léon smiles: she learned the lesson.

LÉON

Begin from a steady target. It's easier.

She stops on a man who's reading a newspaper. The man wears a suit, Herald Tribune, fat.

MATHILDA

The fatman down there, on the bench.

LÉON

Perfect.

Mathilda aims at the fatman. One of the bench's boards explodes. The fatman turns his head. He doesn't understand what happened and resumes reading.

LÉON

Try again. The same.

Second shot. The bench explodes on the opposite side. The man is still curious but doesn't understand.

LÉON (at binoculars)

Too much to the left.

Mathilda concentrates again and shoots: nothing happens. Mathilda wonders whether she missed again and prepares for a new shot.

LÉON

Wait...

The fatman softly leans down on his side.

LÉON

Bull's-eye.

Mathilda is happy but, evidently, she expected death to be more spectacular.

LÉON

Come on, now a walking one.

Mathilda aims at a businessman. She really chooses the ugliest one. She shoots. The man's case explodes and he hides behind a tree: he's scared and doesn't move any more.

LÉON

Good! First shot!

MATHILDA

Yeah, but I didn't get him, I got his case and now he's behind the tree. What can I do?

LÉON

It's not serious, it's just training. You have to learn from the beginning to hit the target, then, to improve precision, you'll train, but on cardboards.

MATHILDA

OK.

LÉON

Now, try a running guy.

Mathilda gets back to telescope and looks for a jogger.

MATHILDA

The yellow and pink.

LÉON

OK.

The guy is footing, sweaty, with a walkman and headphones. Mathilda shoots once. Twice. Thrice. The bullets pass around the jogger, who can't see or hear anything.

MATHILDA

Shit! It's hard when he runs!

Léon hands her another charger.

LÉON

Don't lose him! Concentrate. There, reload. OK, keep calm. Calm, breathe easy. Watch his movement. Pretend you're running with him. Breathe... Hold your breath... Try to feel his next movement... Now...

She shots and the guy gets a bullet in a thigh. He's scared, but doesn't know where to go.

MATHILDA

Did you see? First shot! It's good, isn't it? Did I learn well?

Mathilda proudly smiles.

LÉON (serious and steady)

Put the tools away.

Mathilda obeys, seriously.


leaving the roof



* * * * * * * * * *



Night over city. The two are on a small building's stairway.

LÉON

Codes!

Mathilda gets by his side for her new lesson.

LÉON

For codes, there are two solutions. You have to choose depending on your needs. First case: you have time. You need the code for a later time. So, you wait for the night, you get a box with soot powder and blow a little on the keyboard.

He does it and pulls out a screwdriver.

LÉON

Then you break the little lamp to be sure the client can't see anything. You wait for someone who gets inside, so you have just to see which numbers were touched. Once you know the four or five digits, you have to try all combinations; once per hour and not more than a minute to do not get found.

LÉON (continues)

Second case: you have no time but you mustn't get discovered. Screwdriver.

He disassembles lock's cover.

LÉON

Here, wires need the code. Always four wires.

An approximately 40-year-old man climbs the stairway. He evidently lives in the building.

MAN

May I...?

LÉON

Pardon.

(To Mathilda)

Let him pass.

Léon opens the door by disassembled lock's wires. The man is going to pass, but doesn't. Léon's going to resume his explanation.

MAN

Excuse me, but... What are you doing?

LÉON

I teach the girl.

MAN

You teach her how to break buildings' doors, don't you? Don't you give a shit about me? Get away before I call the police!

The man is very nervous, searches in his pocket, then pulls out an anti-aggression bomblet. He'll have no time to use it: Léon pulled out his silenced gun.
A shot to the hand and the bomblet takes off. Shot's energy makes the man turn around. A second shot in the back makes the man get over the parapet and disappear in a decorative bush, almost without noise.

Mathilda is immobilized. Léon looks around, then resumes.

LÉON

So... the wire which starts from the bottom of the metal part and then, you try the other three wires, one by one.

At second wire, the door opens. Léon smiles.

LÉON

Simple, isn't it?

She nods yes.

LÉON

What's up? I don't feel you're concentrated.

MATHILDA

Yes, yes...

She gets close to the parapet and looks at the bush.

MATHILDA

It's incredible! How did you do that?

LÉON

What?

MATHILDA

There, the guy... How did you do that, without even touching him? Without noise. It's like you put him away... How did you do it?

LÉON (pause - proud)

...Did you like it?

She pauses and seriously looks at him.

MATHILDA

It was brilliant.



* * * * * * * * * *


Fred Astaire



Léon and Mathilda in the movies. On the screen, Fred Astaire breaks out as usual.

LÉON (talking about Fred Astaire)

Watch his movement... Whatever he says, whatever he does, he never stops. Sad or happy, the movement always goes on.

Pirouette by Fred Astaire.

LÉON

...Look! Even the wall, nothing stops him. The movement goes on. He uses everything: the floor, the wall, his rush, his weight. Life is movement, death is a part of it.

Mathilda listens carefully.

LÉON

So, you have to let the client finish the movement he started. It's better, if he thinks about other things and he can't see the death's arrival. He's got no time to suffer. He isn't surprised. He's got no time even to think. He departs without realizing it. He departs in the movement he started.

Mathilda looks at the screen, sparkling eyes.

MATHILDA

...It's brilliant.



* * * * * * * * * *



MUSIC



Series of short sequences.

Morning in the apartment

Television turned on. Mathilda and Léon are doing sit ups. After some bendings, Mathilda collapses and remains on the floor. Léon goes on, undisturbed. Mathilda tries again.

Weapons assemblage

Léon disassembled a big weapon in front of him. Mathilda observes, very concentrated. Léon reassembles it in record time. She's stunned. He hands her the weapon. Mathilda doesn't know where to start from.

Mathilda's room

In the little room, Mathilda started a collection of target cardboards. The first targets have just two or three off-center hits.

Living room

Léon's doing sit ups, feet always blocked under a wardrobe. Mathilda is doing exercises in front of the television. Léon glances at her now and then.

Kitchen

Léon pours a big glass of milk. Mathilda sits in front of him. She's tired. He hands her the glass. She shakes her head no, but he clearly shows she can't discuss. She takes the glass without pleasure.


weapons assemblage



Weapons assemblage

Mathilda's much quicker now, but makes an error. Léon stops her and takes over to explain her mistake. Mathilda understands and restarts.

Mathilda's room

Cardboard collection expands. More and more impacts on targets.

Living room

Mathilda was able to convince Léon to do his workout in front of the television and with music. She teaches him, since he's not used to this and is quite embarrassed.

Kitchen

Mathilda pours two glasses of milk. She gives one to Léon: he drinks then they have a race. Mathilda does everything to be fast. Léon is too used: he wins. The two laugh because Mathilda spread milk everywhere. Two kids.

Mathilda's room

Mathilda adds a cardboard to her collection. Five impacts, all virtually on target.



MUSIC ENDS

END of short sequences



* * * * * * * * * *



TONY'S RESTAURANT

Léon sits in front of Tony. From his position, he can see the window on the street.

TONY

It's been a long time, Léon. You missed two nice contracts, you know.

LÉON (badly lying)

...been training.

He looks at the street: Mathilda is pirouetting in front of the restaurant.

TONY

...You also moved, didn't you?

LÉON

Yeah.

TONY

Huh!? Because of the slaughter at your same floor?

LÉON

...Not at all.

TONY

It's better... You see, it's my turf, so I don't want contracts I'm not informed about, on my turf. I'm not opposing, but the least they can do is informing me, isn't it?

LÉON

Yes.

Mathilda, outside, sends a "cuckoo" to Léon, who slightly leans down to reply. Tony didn't see anything.

TONY

At a certain moment I thought: maybe Léon would like to work on his own? So he makes some little extras?

LÉON

Dirty work, and I kill no women and no kids.

TONY

That's what I later told myself! No, Tony, forget Léon! It can't be him, he likes too much his job to make such a slaughter!

Léon can't avoid looking at Mathilda, who's looking up to breathe better. This little woman, only survivor of a massacre.


Tony



LÉON

Tell me... The money I make and you keep for me...

TONY

Do you need money?

LÉON

No... Just to know... Because I've been working a long time... And I haven't done anything with my money... I should do something.

Tony is a little bit surprised by Léon's naivety.

TONY

It's true, you're right... Did you meet a woman?

Léon smiles.

LÉON

No, no.

TONY

You gotta be careful with women, Léon. They are dangerous, you know?

LÉON

Yeah... Well... I don't know.. I don't know any.

TONY

Listen, think about what you want to do, but don't worry, your money is here and it's safer than in a bank... Banks are robbed every five minutes!

Tony makes an effort to laugh.

TONY

Anyway, you can't have a bank account, so the discussion is finished.

Léon nods.

LÉON

Why can't I have a bank account?

TONY

I'll explain you, Léon: they'll ask you to fill out a lot of forms and you can't write and they'll ask you your job, your employer's name and you can't tell them: "My job, I'm a hitman and my employer is Tony, his record is longer than his restaurant's menu". That's why you can't have a bank account!

Léon thinks. Outside, Mathilda lets a young man approach her. They start talking. Léon gets nervous.

TONY

But your money is here, Léon. Whenever you want it, you ask me. Take it...

He hands one thousand dollars to Léon.

TONY

Take it...

LÉON

Well, I don't need it...

TONY

Take it, you never know... If you want to have some fun. Take, it's a gift.

Tony puts the money in Léon's hand, who takes it.

LÉON

Thanks.

TONY (smiling)

Good. Now let's talk business. I've got a hit perfect for you. I kept it for you. To be made alone. That's what you like. Don't move, I get the file.

Manolo! A glass of milk for Léon!

Tony stands up and disappears. Léon looks out. Mathilda accepts a cigarette from the young man. They laugh. Léon can't resist any more. He stands up and exits. He kindly pushes Mathilda aside. The quite nice young man waits.


on the street



LÉON (low voice)

Listen, Mathilda. You can't let people approach you like that. People are kind and very fast, they offer you drugs or other things.

MATHILDA (smiling)

Léon, don't worry. I'm on the street since I've born. I was just smoking a cigarette while waiting for you.

Léon pauses and looks at the young man, who smiles at him.

LÉON

Stay away from him. He looks suspicious. A bad guy, OK?

MATHILDA (smiling)

OK.

LÉON

Five minutes. Stand in front of the window.

MATHILDA

OK.



INSIDE THE RESTAURANT

Léon sits in front of his milk. Tony comes back and sits down.

TONY

I have to put on my glasses... My sight is worse and worse... I'm getting old... Here it is.

Tony hands a photo to Léon, who observes it.

TONY

Not easy. Armoured car, isolated home, bodyguards all the time. I don't know what he trades, but it's a good hit because I've got three contracts on him... Three times eight thousand for Léon. Good deal, isn't it?

Outside, Mathilda has disappeared. Léon gets upset. Tony takes the photo back.

TONY

I write client's data on the back. You have to be quick, he's going to leave the city at the end of the week. With the contracts on his head, I don't think we'll see him again.

Léon is too nervous. He takes the photo and stands up.

LÉON

I come back later for details. I've got something to do and... I'm late.

He gets out, looks left and right. You've never seen anyone as nervous as him. Mathilda, crouched down behind the door, jumps on his back. He's relieved and slightly smiles. She hangs on him like a little monkey.

LÉON

Come on, get down!

MATHILDA

You were scared, weren't you?

LÉON

I was nervous, that's all! Where is the guy?

MATHILDA

I killed him... and cut him and ate all of him... I left nothing for you!

Léon suddenly realizes Tony is behind the window. He shyly smiles, slightly embarrassed. Mathilda makes a big smile to him and heels Léon.

MATHILDA

Let's go home!!!



* * * * * * * * * *



Léon arrives to the hotel, Mathilda still on his back. The receptionist smiles at Léon, who doesn't return. Mathilda gets the key with a big smile.

MATHILDA

We'd a nice walk!

RECEPTIONIST (smiling)

Good, Miss.

Mathilda cackles and leads her mount upstairs. In the room, she jumps on the bed.


on the bed, spread arms



MATHILDA

Léon? I think I'm falling in love with you.

Léon's milk goes the wrong way. She calmly said it, laying on the bed, spread arms. Like a simple truth. Léon got milk everywhere.

MATHILDA

...Anyway, this impressed you!

He dries himself, but doesn't reply.

MATHILDA

It's strange, being in love... It's the first time for me...

LÉON

How do you know it's love, if you've never been in love before?... It may be friendship... or the love you can have with a brother or a father... How can you know?

MATHILDA

...Because I feel it.

LÉON (upset)

Huh? Where?

Mathilda puts a hand on her stomach.

MATHILDA

Here... in my stomach... it's hot.

She turns, takes his hand and puts it on her stomach.

MATHILDA

I always had a knot there... No longer...

Léon pulls off his hand. He stands up and nervously walks.

LÉON

Mathilda, I'm... I'm very happy you've got no stomachache any more, but... this doesn't mean anything.
I'm late for work and I don't like being late for work.

Mathilda smiles. She's calm. She rolls herself into the blanket. Léon gets out of the room. He puts various weapons into his case and in his violin. He's nervous. This conversation upset him. He hears a noise, flowing water: Mathilda sings. She's having a bath. He finished preparing his gear. He knocks bathroom's door.

LÉON

Mathilda? May I get in?

MATHILDA

Yes.

Léon opens the door. Mathilda is naked and is brushing her hair. Léon closes back the door without entering.

LÉON (embarrassed)

Sorry. I heard "yes", so I got in...

Mathilda opens the door. She's still combing her hair. She's still naked.

MATHILDA

Yes... You can get in.

Léon is rigid. He takes a towel and deploys it in front of her.

LÉON

Take it, please.

She rolls herself into the towel, without speaking. Léon's relieved.

LÉON

I... I've got a contract... I've got to go now. It's urgent. ...So, you stay here. You don't move. About telephone, I let it ring once then I call you again, else you don't answer, OK?

Mathilda is sulky.

MATHILDA

Why don't you take me with you?... I'm ready, now. You said I learn very quickly.

LÉON

"Quick" doesn't mean "ready". And you can't discuss, we said. Right?

Mathilda has to surrender.

LÉON

Go on learning like this... Then we'll see.

He gets in the living room and she follows him.

MATHILDA

May I get to the cinema?

LÉON

No.

MATHILDA

For musicals? That's part of the job!

LÉON

No, you can't get out.

MATHILDA (resigned)

OK... you come back tonight, don't you?

He takes his violin and his case.

LÉON

During my absence, you have to work on a very important thing you badly lack: patience.

He slightly smiles. She's sulky.

LÉON

You see, five minutes ago you said you loved me and now you hate me... but I prefer this!

MATHILDA

I hate you because you depart without kissing me. That's all.

She sweetly closes the door in face of him. For a moment, he's blocked behind the door. The receptionist is walking along the hall and notices Léon prostrate in front of the door.


Leon at the wall



RECEPTIONIST

Did you lose your key, Mister?

Léon recovers from his shock.

LÉON

No... I just thought if I'd lost anything...

RECEPTIONIST

And did you forget anything?

LÉON

Yeah... But "forgotten" doesn't mean "lost"

He passes in front of the perplexed receptionist, leaving the hotel.



* * * * * * * * * *



The receptionist is at his desk. The hall is empty. Mathilda walks down the stairs, slowly, like a kid who's got nothing to do.

RECEPTIONIST

How are you, Miss?

MATHILDA

Fine...


at the reception



She puts her elbows on the desk.

MATHILDA

I'm sick of practising, that's it...

RECEPTIONIST

I see. You're doing all right, because I didn't hear anything.

MATHILDA

Yeah. I put a cloth over the strings, to lessen the noise.

RECEPTIONIST

Huh? That's smart!

MATHILDA

I'm used to it. Not everyone likes music.

RECEPTIONIST

Yeah, true. But what does your father exactly do for living?

MATHILDA

...Composer.

RECEPTIONIST

Huh, that's good!

MATHILDA

Yeah, but he's not exactly my father...

RECEPTIONIST

Huh?

MATHILDA

...No... he's my lover...

RECEPTIONIST

Huh?

Mathilda sighs and glances at the hall.

MATHILDA

I'm going to have a walk... I'll come back.

Receptionist's tense smile.



* * * * * * * * * *


at her old building



MATHILDA'S OLD BUILDING

Mathilda slowly gets to her floor. In front of the door, a thin yellow "no entry" police strip. A cop is distractly guarding the hall; he's talking with a young black girl. Mathilda gets in her apartment unnoticed. She gets in her room, recovers her teddy bear and her polaroid. Then, she gets in the devastated living room. There's dry blood almost everywhere.
On the corridor, she raises one of parquet's boards. A big roll of $100 bills is hidden beneath. There is a small checkbook too. She carelessly puts everything away.
Noise in the apartment. Mathilda crouches down. Stansfield gets in together with two more guys.
Mathilda can see them without being seen. Stansfield is evidently not at ease, he's justifying his actions in front of upper-rank officers.


in the apartment



STANSFIELD

So, the guy was there, he'd hidden a shotgun behind the tent, here. His woman was armed too.

MAN

Where were the kids during first shots?

STANSFIELD

I don't know... that was very fast. I didn't see him pulling out his weapon.

The man writes some notes. The second man observes the cracked entry door.

SECOND MAN

Did you follow the procedure? Who got to the door?

STANSFIELD (getting nervous)

What are you looking for, guys? This guy was shit, we found five kilos of heroin in the apartment, and you are bothering me?

MAN

The fact that you're a public officer doesn't give you the right to do whatever you want! The narcotics had been following this guy for two years. They had a lot of information about him. Your quick lonely action upset them. It's normal that they asked for an inquiry.

STANSFIELD

I don't give a shit about the narcotic department! And if you'll go on searching in this shit, you'll fall in it. You can find me in my office... #2702.

MAN

It's routine, why are you doing this to us?

Stanfield doesn't listen. He got out. Mathilda slides behind him. She follows him downstairs.



* * * * * * * * * *



IN THE STREET

Stansfield gets in a car and departs. Mathilda stops a cab and gets on board.

MATHILDA

May you follow that blue car, please?

The driver smiles.

DRIVER

Do you also want music and skids at every turn?

She hands him $100.

MATHILDA

No, I want you to drive smoothly, get your $100 and tell me what the last question was.

The driver takes the bill and starts moving. He understood everything.
Stansfield's car stops in front of a building. Mathilda gets out of the cab and follows Stansfield. She gets stopped at the first checkpoint in the large hall.

COP (amused)

Where are you going, little girl?

MATHILDA

What's that man's name?

COP

Why do you want to know?

MATHILDA

He forgot his money... My mother's got a pub, behind the corner, and he forgot his money, about $100.

COP

Huh? I see, but this is the FBI, little girl, and I can't let you in. But if you leave me his money, I'll give him it myself.

Mathilda thinks.

COP (smiling)

You don't trust me.

Mathilda shakes her head no. The cop laughs.

MATHILDA

Give me his name, I will mail him.

COP

OK. Mister Stansfield, Norman STANSFIELD.

MATHILDA

...Office #2702.

COP

Yeah... How do you know it?

MATHILDA

...I heard him saying... That's all... Thanks.

Mathilda gets away. The cop looks at her, smiling.



* * * * * * * * * *


Mathilda on the couch



Mathilda gets back in the hotel room. She sits on the couch, in front of the switched off television. One has never seen, nor heard her that concentrated and determined. Her face looks thirty-year-old.
Noise from the lock; she switches the television on: anime. Léon gets in, gets off his stuff. He's got a parcel. He puts it on the table. Léon is stunned by her lack of interest for the parcel.

LÉON

...It's for you... It's a gift.

No reaction. No reply.

LÉON

Would you like me to open it?

He's too excited.

...I open it!

He pulls out a small dress, flowers motif. He's very happy.

...Do you like it?

MATHILDA (harsh)

...You'd better directly buy the doll to fit in it, that would be clearer!

Léon doesn't understand. He takes the dress and checks it out for defects. She sighs and gets in the kitchen. Léon gives up. He sweetly lays the dress down on the table and switches the television off. Mathilda comes back with a lot of popcorn. She switches the television on again, sits on the couch and turns the volume up. Léon is perplexed, he doesn't speak. He gets in the bathroom for a shower. Mathilda turns the volume down. She stands up, glances at the dress, touches it by fingertips. Her face is tense. Water flows in the bathroom, but Léon is at the door's small opening and observes Mathilda. She eventually leaves the dress, switches the television off and gets to the window to look at the sunset. Léon feels bad. He silently closes the door.



* * * * * * * * * *



Mathilda sits in front of him, like in an arena.

MATHILDA (cold)

I'm sick of this, Léon.

LÉON

...You can leave whenever you want. I don't refrain you.

MATHILDA

...This is what I don't like, you see: you don't refrain me, but at the same time I can't get out!

Léon is still cleaning his weapons.

LÉON

Do you think you learned patience today?!

MATHILDA (getting nervous)

Well, I'm a poor pupil about patience?! OK?

Léon slightly smiles.

LÉON

...You stayed home, not bad. A good start.

She smiles at him and he returns.

MATHILDA

I've been out all the time, stupid!

Léon's smile disappears.

MATHILDA

I got home to get my stuff.

She pulls out a bunch of dollars and puts them on the desk.

MATHILDA

Here. Not $8,000. It is $6,800. I hope you will credit me for the missing $1,200. Furthermore, I'm going to make your work easier: the guy is Norman Stansfield. Office #2702 in the FBI building, 5th Avenue and 68th Street.

Léon is pale. Open mouth.

LÉON

And... How do you know all this?

MATHILDA (as if it's evident)

The above Norman was in my home when I was there, and I followed him, that's all.

Léon tries to keep calm.

LÉON

Are you calmly telling me you spent the day at the FBI?

She shrugs her shoulders.

MATHILDA

No! I couldn't get in! I remained outside! And why do you mind this? You've got client's name, money's on the table: it's a good contract, isn't it?

Léon looks at her, then looks at the money.

LÉON

Not taken.

MATHILDA

Why?

LÉON

Too heavy.

Mathilda thinks fast.

MATHILDA

Well... Then may you rent me your gear for the day?

LÉON

I never lend out my gear.

Blocked on every front, she sweetly starts crying.

MATHILDA

Why are you doing this to me, Léon? Why don't you take me with you for the contracts? If you teach me, we can do mine together! That would be good, wouldn't it?

Léon intensely looks at her, neither severe, nor badly. Just cold, like an iceberg.

LÉON

Mathilda, nothing is the same, after you've killed someone. Your life is changed forever. You can never cancel it, neither from your memory, nor from your criminal record... You'll never sleep again like before, Mathilda.

Mathilda dries up her tears. She's abandoned, exhausted.

MATHILDA

If you knew, Léon...! I killed one thousand in my head... And this never disturbed my sleep.

LÉON

OK... And if it's you who gets killed?

Mathilda doesn't reply.

...Then? Talking about other people's death is easy, but what about yours? She's here! She moves around you, and can get you in a thousandth of a second. Because it was your day, your hour, your second...

Mathilda looks at him. Léon gets confused.

It's written in the sky, from the beginning, you just don't know! Then someone announces you like this! Suddenly! "Did you ask yourself what time you will die?" Well, it's now! And it's too late, you've already got a bullet in your lungs! There!

He pushes her by his index finger, enough to hurt her.

LÉON

Painful, isn't it?

He pushes again.

You don't like talking about death because you're like everyone: you fear it...

LÉON

...Well, it's this fear that makes you live. It's because you fear death that you live with so much tenacity. It's because of it that you bear what's unbearable. You can live in a hovel, on lots of trash, everything is better than death and the fear you have of it.

(Pause)

MATHILDA

But me... Léon... I don't fear it any more...

They look at each other for a moment.

LÉON

It takes a long to lose it, this fear, but once you lost it... You are free... And just then you can start working properly... Because you can work on other people's fear, play with it... Because "kill or get killed" have become just words... Do you understand?

Mathilda slightly nods yes.

LÉON

...You can't pretend to make this job, until you get beyond this stage. The day you get free of this fear... Not before...

Mathilda looks at his eyes, without challenge.

MATHILDA

Léon... I have no fear... It's so.

Léon stares at her. He tries to ascertain truth in Mathilda's eyes. A long pause.

LÉON

OK...

He takes a weapon, empties the cylinder, then loads just one bullet.

...Do you know this game?

Mathilda nods yes. He turns the cylinder.

LÉON

One shot ahead... I start.

He gets the barrel to his temple so that, if the bullet explodes, blood will get out with a downward angle. He's ready. He pulls the trigger. Nothing happens.

He puts the gun in front of her.

Mathilda takes it. She looks at him with so much love he almost gets upset. She's not scared. She'd just like things to be different; maybe she'd like Léon to open his heart to her. She sighs, looks at the gun. She takes it, lifts the cock and aims the weapon at her face. She's resigned.


love or death



MATHILDA

...Love or death.

She gets the barrel in her mouth and looks at Léon. A sweat drop on Léon's front. She pulls the trigger. Nothing. She puts down the gun. Léon stands up, turns around the table and embraces her. He holds her tight. She's surprised. She kindly pushes Léon back, to look at his eyes.

MATHILDA

Am I ready?

Léon pauses, slightly smiles and nods yes. Mathilda closes her eyes, happy and relieved. She takes his hand and embraces him for a long. Léon lets her do.



* * * * * * * * * *



MORNING - A FEW DAYS LATER

Léon and Mathilda in a '50s building. Slightly luxury. Léon checks emergency exits, then gets in front of a door. He moves his hand along the door's border.

MATHILDA

What are you doing?

LÉON

I'm looking for the chain's position. Sometimes you can't see it, but you can feel it... Here.

He opens his overcoat and pulls out large shears. He pulls a chewing gum out of his mouth and squeezes it on the peephole.

LÉON

I ring and you make him open, OK?

He rings.

MATHILDA (caught slightly off-balance)

What shall I say?

LÉON

Whatever you want.

Mathilda thinks. The guy arrives behind the door.

MAN

Yes?

MATHILDA

Good morning, Mister... It's Danielle!

MAN

Huh! You made an error, baby. I don't know any Danielle.

MATHILDA

...I got lost, Mister.

MAN

Huh? Move back baby, I can't see anything.

MATHILDA

It's not me, it's dark here... and I can't find the switch.

She looks at Léon and he mimics "mean".

MATHILDA

Mister... I'm scared.

Léon thumbs up.

MAN

Huh? Don't move, baby.

Noise: the man is engaging the safety chain. Léon prepares his shears at the correct height. The man opens the door. The chain explodes. Léon already pulled out his silenced gun. The man is pressed against the wall. Mathilda looks around, takes the gum off the peephole, gets in the apartment and closes the door. Léon catches the man's throat.

LÉON

Open your mouth.

The man obeys. Léon puts the silencer in his mouth.


silencer in his mouth



...If you let the gun... I pull the trigger, OK?

The man, sweaty, nods yes. Léon checks out the apartment and the man follows him like his shadow. Léon moves without paying attention to him, forgetting the man is totally concentrated to do not let the gun out of his mouth. In the living room, on the desk, syringes and the stuff for them. Léon finished checking, everything OK. They get in the bathroom.

LÉON (to Mathilda)

We get there, good.

(to the man)

Let it go.

The man is so scared he doesn't want.

...You can let it go, I said!

At last, he lets go.

...Get to the end.

The man obeys. Léon hands the gun to Mathilda.

LÉON (to Mathilda)

Go... It's your time.

She aims at him, concentrated. She signs to the man to move left. He obeys. She pulls the trigger. A dull noise. The man collapses to the the floor.

LÉON

Good... Safety, now. The second shot.

Mathilda approaches the man and shoots again. Maybe too low: a squirt of blood on her dress.

LÉON

Here it is! Look at your dress, now! How can you walk in the street, now?

He recovers his gun.

...Not a good work, this. When you shoot from this angle, you always get blood everywhere. You have to move aside and shoot with a little more angle... There... This way.

He shoots. It makes no difference to the man.

...Can you see? Look: not a drop! Come on, try.

He gives her the gun again. Mathilda moves on a side and shoots. Perfect.

LÉON

Good.

Mathilda returns the weapon. She looks for a little sign of gratitude, maybe a compliment, but Léon is hermetic.

LÉON

...Let's go.



* * * * * * * * * *


in a luxury restaurant



They are in a luxury restaurant.

Léon pours some champagne. Mathilda is happy. They drink. Mathilda drinks everything in one gulp, like she's used to with milk.

MATHILDA (slightly inebriated)

I thought we can't drink?

LÉON

It's true... But a first contract, it's an exception.

MATHILDA

And... May I kiss you, like in the movies, may this be an exception?

Léon's champagne goes the wrong way.

LÉON (serious)

...No.


just a kiss



Mathilda smiles.

MATHILDA

...Yes.

She stands up and sweetly turns around the table.

LÉON (not at ease)

Mathilda, what are you doing?

MATHILDA

...I'm going to kiss you.

LÉON

Mathilda, stop, please!

She heels on the bench, close to him.

MATHILDA

Come on, let me do. Just a kiss.

She tries to kiss him. He avoids her.

LÉON

Stop. Everyone is looking.

MATHILDA

Of course, so kiss me quickly, or they'll notice us.

Léon gives up, at last. She sweetly kisses him.

MATHILDA

Tongue, please.

Léon pushes her away, irritated.

LÉON

No, that's enough! Sit down, now.

Mathilda smiles and gets back to her seat. Good timing, the waiter arrives with their dishes. Mathilda exploits his presence to fill up again her glass with champagne. The waiter gets away. Léon grabs the champagne bottle and voids it in the ice cup.

MATHILDA

...You don't believe me, do you?

LÉON

How's that?

MATHILDA

When I say I love you.

LÉON

Mathilda, don't resume, please. ...Change subject, OK?

MATHILDA

...OK.

(pause)

I love you anyway.

LÉON

Mathilda?!

MATHILDA

OK, OK! Excuse me! How old were you when you had your first contract?

LÉON

...17.

Mathilda smiles and lifts up the glass.

MATHILDA

Beat you!



* * * * * * * * * *



ANOTHER DAY - ANOTHER APARTMENT - RAIN OUTSIDE



The building is a little more modern. They arrive in front of a door. Peephole. Chewing gum. Shears. Ring. Routine. But today nobody replies. Léon nods. Mathilda rings again. Again nothing.

LÉON (thinking at high voice)

I left him half-an-hour, after he got in... He couldn't get out from the back.

Mathilda waits. Léon puts down his shears and pulls out a crowbar.

LÉON

Stairways cover.

Mathilda pulls a gun out of her jeans and gets in position near stairways. Léon pulls out a metal plate and slides it beneath the door, breaks the lock by the crowbar. The door is virtually intact. Léon gets in, weapon at hand. Léon moves in along the corridor. Mathilda is at the entry, now.

LÉON (low voice)

Interior cover.

Mathilda gets in and closes the door behind her, by the way she pulls in the shears Léon left outside. Léon is still moving, the living room is empty. Open windows, still rain. Léon sighs.

LÉON

...Shit!! We'd found him. We waited for him to get upstairs and he got out of the window.

MATHILDA

What shall we do?

LÉON

I think.

Mathilda turns back and walks toward the corridor.

LÉON

Where are you going?

MATHILDA

Piddle.

She smiles and looks for the bathroom. She finds it and is going to get in when she sees the head of a man in the bath, walkman on. She withholds a shout and gets against the wall, without moving. She doesn't dare passing before the open door again to join Léon. In the living room, Léon still thinks.

LÉON

...Why didn't he close the window?

He looks around and sees man's overcoat, still wet. His wet shoes are on the radiator.

LÉON

...Because he didn't get out!

Léon stands up, pulls out his gun and runs toward the corridor. Mathilda, against the wall, looks up, to make him understand "it's not too soon"! Léon advances. Mathilda mimics to make him understand the bath, the walkman. Léon pulls out his personal periscope and looks into the bathroom. The man is still there, music at full blast. Léon puts away his periscope.

LÉON

He's sleeping.

He silently gets in the bathroom, followed by Mathilda. They sit down and look at the man, sleeping in the middle of his warm bath. Léon pulls out his silencer and screws it on the gun.

MATHILDA

It's cool departing this way... warm... music...

LÉON

There are better things. You see the importance of the "moment". Ten minutes early or late, he'd have seen death. He'd have suffered it. This way, he already departed. Without knowing it.

MATHILDA

...I'd like to know what he's listening to...

LÉON

...Later.

Léon lifts his gun's cock and puts the weapon in front of the man.

- Close-up: a finger pushes a lift's button.

- Close-up: red light on, lift's coming.

- Close-up: Léon's hands open a packet of chewing gums.



* * * * * * * * * *



ANOTHER BUILDING - ANOTHER DAY

Mathilda and Léon in the corridor of a banal building. Léon offers a chewing gum to Mathilda, who accepts it. She's listening to a walkman. Léon sweetly pulls the headphones off her head.

LÉON (kindly)

Mathilda, we're at work! No music, OK!

She smiles.

MATHILDA

OK... I like it. It gives me the rhythm.

He smiles. Mathilda finds the door, places her chewing gum on the peephole and gets in position for her "chat". True routine. Léon in position. Mathilda rings the doorbell.

MAN

...Yes?

MATHILDA

Excuse me, Mister... I'm looking for Mister Rubens' apartment, but it's dark out here and I got lost...

MAN

...One second.

She thumbs up, alright. Léon keeps concentrated. He hears a noise he knows. He searches in his memory. FLASH: Léon loads a Kalashnikov. Same noise. Léon catches Mathilda and literally throws her on the floor. Behind her, the door explodes with numberless impacts. The man inside empties his charger on the door. Léon threw away his shears and pulled out his shotgun. He's furious, to this extent he fears for Mathilda. He gets concentrated as he's never been. The man inside shouldn't hav
Skomentuj notkę
7 stycznia 2004 (środa), 11:00:00

Jakość odbioru ...

Można oglądać film w porządnym kinie lub dobrze urządzonym kinie domowym. Można też oglądać divix-a na laptopie jadąc pociągiem. Różnica: barwy, brzmienie, jokość obrazu, możliwość wyłączenia sie z tego świata i wejścia w tamten (o ile smród zażeranego popkornu na to pozwala).

Można słuchać muzyki w przeznaczonym do tego pokoju ale równie dobrze można puścić mp3 na komputerowych głośnikach za 25zł. Różnica: nie odczyta się tak dobrze brzmienia a przypadku muzyki głośnej basy nie wymasują nam wnętrzności a więc nie będzie niewerbalnego wpływu na układ nerwowy.

Można tak i można tak a różnica jaka jest występuje w warstwie przekazu emocjonalnego a nie treściowego. Tak więc jeżeli film ma swoje przesłanie, to mozna go obejżeć na byle czym (można go też opowiedzieć); jeżeli piosenka ma treść to można jej wysłuchać przez telefon byle dobrze zrozumieć słowa. Jeżeli jednak film ma zachwycić a muzyka natchnąć to sprzęt powinien być nieco lepszy.

Myślę, że podobna analogia jest w książkach. W zasadzie lubię książki dobrze i ładnie wydane, ale przecież ważne jest co jest w środku napisane i tanie książki są równie dobre (o ile się nie sypią) jak drogie byle tylko druk był w nich czytelny.

Inspiracja: Emma Kirbky, kantata 51 Bacha odsłuchana na laptopie, co mi zupełnie nie przeszkadzało a nawet sprawiło mi wiele radości.

Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe: muzyka, jakość, mp3, Bach


Komentarze: (3)

krisper, January 16, 2004 12:11 Skomentuj komentarz


Szkoda tylko że tak naprawde nie słyszałeś jej pięknego głosu tylko coś co jej głos przypomina.

w34 -> speedy, January 7, 2004 16:06 Skomentuj komentarz


Oczywiście, że o nią chodzi ale jak zwykle mam problemy z pisownią takich dziwnych nazwisk. Już poprawiam.

speedy, January 7, 2004 12:34 Skomentuj komentarz


chyba chodziło ci o Emmę Kirkby. :)
a Bach zawsze jest super.
Skomentuj notkę
11 stycznia 2004 (niedziela), 13:09:09

Nie dam! Nie dam i koniec!

Nie zgadzam się na "róbta co chceta". Nie dam ani złotówki. I nic mi się w tej sprawie nie zmieniło od wielu lat, choć pewie jestem bardziej świadomy tego dlaczego tak robię. Wiem więc dlaczego Owsiakom nie dam, nie dam i już!

Tylko jak to wyjaśnić w ciągu 5 sekund komuś, kto atakuje cię emocjanalnym pytaniem: "a co? na biedne dzieci nie dasz?" No właśnie: nie dam i w tym emocjonalnym pojedynku na środku ulicy jestem przegrany. Trudno, choć nie mogę powiedzieć, że "robie co chce i zwisa mi to".

Ale skoro nie da się w 5 sekund to może da się w 5 minut? Może da się to jakość zapisać, opisać, wyjaśnić, zanotować? Pewnie tak - spróbować? Może jak mi ktoś da okazję, to to wyartykułuje - mam na to przecież rok.


Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe: róbta co chceta, Owsiak, WOŚP


Komentarze: (4)

pomoc-drogowa, January 12, 2004 19:13 Skomentuj komentarz


argumenty bittE!

irek, July 11, 2007 11:06 Skomentuj komentarz


popieram i w całosci i też nie daje bo kto po cichu daje ten dwa razy daje...

anonim, January 7, 2012 21:23 Skomentuj komentarz


WOŚP - dlaczego nie wielbię Owsiaka. "Jest częścią medialno-politycznego układu i będzie promowany tak długo, jak długo ten układ będzie trwał"
opublikowano: 7 stycznia 2012 08:31:31 | ostatnia zmiana: 7 stycznia 2012 08:34:07
PAP


Miałem w tym roku o WOŚP nic nie pisać. Nie mam na jej temat nic nowego do powiedzenia – schemat działania i argumenty są te same od lat. Jerzy Owsiak jest częścią medialno-politycznego układu i będzie promowany tak długo, jak długo ten układ będzie trwał. To oczywiste. Co nie oznacza, że należy zacząć udawać, że nic kontrowersyjnego się nie dzieje. Że nie ma miejsca – jak to napisałem jakiś czas temu na swoim blogu – wielkie oszustwo Owsiaka.
Kilka dni temu udzieliłem wywiadu portalowi Frondy. Między innymi do niego odniósł się – w charakterystyczny dla siebie sposób – Zbigniew Hołdys w TVN24 (nawiasem mówiąc, zgodnie z wyznawanymi przez siebie zasadami, TVN nie było uprzejme zaprosić do studia nikogo, kto ma do WOŚP stosunek krytyczny).
Zarazem na Twitterze byłem bombardowany pytaniami i komentarzami, których infantylizm sprawia, że opadają ręce. Na przykład @kuba_kacprzak pisze (pisownia oryginalna): „Widzę że próbuje pan zabłysnąć obrażając takich ludzi jak Jerzy Owsiak. Żałosne... […] Skoro Jerzy Owsiak jest taki zły to niech pan wymieni kogoś kto robi więcej dla tego kraju? Może jakiś polityk? Dziennikarz?”. Zwracam uwagę na nagromadzenie klisz i fałszów. Krytyka nazywana jest „obrażaniem”, motywacja tej krytyki sprowadzona do potrzeby „zabłyśnięcia”, jednorazowa akcja Owsiaka jest uznawana za wielki czyn „dla kraju”. Autorowi tych tweetów napisałem, że nie jestem w stanie rozmawiać na tak infantylnym poziomie.
Z kolei @marcin4055 apeluje do mnie i Samuela Pereiry: „Panowie zacznijcie od siebie!”. Oczekuje, że przedstawię publicznie listę swoich wpłat na rozmaite cele z całego roku?
@Francis_Rossa natomiast używa dla opisania Owsiaka pojęcia „tolerancji” w takim sensie, w jakim uczyniła z niego absurdalne słowo wytrych „Gazeta Wyborcza”: „Czyli gdyby –jak napisałem wczoraj – JO przestał być tolerancyjny i przeszedł na prawą stronę mocy, dzisiaj Pan pewnie stałby z puszką”. Żeby przekonać się, jak to jest z Owsiakową „tolerancyjnością”, wystarczy poszukać jego opinii o Radiu Maryja czy o osobach nie dość zachwyconych jego działalnością.
Jako się rzekło, nie chcę pisać kolejny raz tego, co już pisałem, a co trzeba by właściwie powtórzyć. Dlatego umieszczam poniżej dotychczasowe teksty z mojego bloga, poświęcone WOŚP, z niewielkimi skrótami, w nadziei, że tym, którzy ich kiedyś nie czytali, pozwolą zrozumieć moje stanowisko.

14 stycznia 2007: „Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy”
Dzisiaj kolejny raz gra Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy. Nazywam ją tak od dawna, mając na myśli przemoc moralną. Owsiakowi udało się stworzyć być może najbardziej chronione tabu w III RP i choć inne upadły, to wciąż trwa, a krytykowanie Owsiaka wydaje się bardziej ryzykowne niż krytykowanie Michnika, Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego razem wziętych.
Czy Owsiak jest cynikiem i czy celowo, z pełną świadomością ustawił się tak, żeby jego krytyków od razu oskarżano o to, że są nieczułymi na nieszczęście małych dzieci potworami? Nie wiem. Wybitnie nie podoba mi się styl Owsiaka, więc jestem skłonny – być może niesłusznie – o taki cynizm go podejrzewać.
Kojarzy mi się to z sytuacją z pewnej popularnej miejscowości turystycznej. Znany miejscowy przedsiębiorca, którego wyroby są znakiem firmowym owej miejscowości, kilka lat temu postanowił rozbudować znacząco dom, gdzie mieści się jego zakład. Problem w tym, że cała miejscowość jest pod nadzorem konserwatora i, o ile wiem, ów przedsiębiorca nie otrzymał wszelkich niezbędnych zezwoleń. Mimo to dom rozbudował, ale aby uchronić się przed ewentualną rozbiórką, na ścianie umieścił tablicę ku czci Jana Karskiego. Nie bardzo wiem, co Karski mógł mieć z ową miejscowością, a zwłaszcza z tamtym domem lub samym przedsiębiorcą, wspólnego, ale skutek jest oczywisty: kto ruszy dom, gdzie wisi tablica ku czci legendarnej postaci, człowieka tak zasłużonego w ratowaniu Żydów podczas okupacji?
Dom oczywiście stoi, być może zalegalizowany post factum.
Z Owsiakiem jest podobnie: czy można krytykować faceta, który ratuje chore dzieci?
Odpowiedź zależy od tego, jak odpowiadamy z kolei na dwa podstawowe pytania: pierwsze - czy cel uświęca środki i drugie - czy środki, jakie stosuje Owsiak, nam się podobają.
Ja na oba pytania odpowiadam przecząco, więc na pytanie, czy można krytykować faceta, który ratuje chore dzieci, odpowiadam: tak. Szczytny cel nie usprawiedliwia wszystkiego.
Styl Owsiaka stanowczo mi nie odpowiada. Jest knajacki, natrętnie luzacki, wrzaskliwy, a przy tym apodyktyczny i autorytarny. Można by powiedzieć: w takim razie proszę nie brać w tej imprezie udziału i tyle. Ale rzecz w tym, że Owsiak został wypromowany na publiczną instytucję, a za tym poszły i idą cały czas pewne konsekwencje. Został stworzony fałszywy ciąg myślowy: skoro człowiek ratuje chore dzieci, więc wszystko, co robi, jest świetne, w tym jego styl, jego poglądy, jego stanowisko w każdej sprawie. I proszę mi nie pisać, że tego nikt wprost nie twierdził. Jasne, że nie, ale taki jest oczywisty mechanizm socjologiczny i wie to każdy, kto ma do czynienia z mediami i socjologią społeczną. To klasyczny przypadek ikon popkultury.
Z drugiej strony sam Owsiak zbudował swoją akcję na prostym przesłaniu: obojętne, co robisz poza tym, jaki jesteś, jak się zachowujesz, czy przestrzegasz norm czy nie - jeśli weźmiesz udział w mojej imprezie, jesteś ze wszystkiego rozgrzeszony. Jesteś dobry. To oczywiście przesłanie fałszywe, ale przynoszące duże szkody, jeśli się weźmie pod uwagę, że Owsiak największy wpływ ma na ludzi w wieku, gdy kształtują się poglądy.
Daleki jestem od demonizowania Owsiaka w stylu Radia Maryja. Nawiasem mówiąc, reakcja samego Owsiaka na wszelką krytykę pod jego adresem wskazuje na trudną do przecenienia pychę.
Owsiak nie jest facetem z mojej bajki, z całą pewnością. Z drugiej strony kupowany przez niego sprzęt faktycznie ratuje życie - choć wydaje mi się dość dziwne, że prywatna fundacja wyręcza państwo w jego obowiązkach, na które wszyscy płacimy podatki.
Mimo to mógłbym właściwie powiedzieć: mnie się to nie podoba, ale niech sobie Owsiak działa, a jak jeszcze zrobi przy okazji coś dobrego, to bilans może nie będzie taki zły.
Mógłbym, gdyby nie dwa zastrzeżenia. Po pierwsze - nie znoszę, gdy ktoś stosuje wobec mnie moralny szantaż i zmusza mnie w ten sposób do czegoś. A tak jest w przypadku WOŚP. Trzeba nie lada odwagi, żeby - będąc np. szefem dużej firmy, postacią publiczną albo miejskim rajcą - odmówić udziału w imprezie. W tym roku odmówił Sanok. Zobaczymy, jaka będzie reakcja. W każdym razie nie jest akceptowany naturalny argument, że skoro nie podobają się komuś metody prowadzenia zbiórki, nie będzie w niej brał udziału. Kto nie bierze udziału w WOŚP, staje się z punktu podejrzany. Udział w WOŚP stał się probierzem moralności i to mi się zdecydowanie nie podoba.
Po drugie - Owsiak nie stał się ikoną sam z siebie. Nie bez powodu napisałem wcześniej, że „został wypromowany". Od lat publiczna telewizja poświęca jego imprezie ilość czasu i nadaje jej rangę nieporównywalną z żadną inną działalnością charytatywną. Bez tego Owsiak prawdopodobnie nie byłby szerzej znany. Tym razem, gdy TVP postanowiła minimalnie ograniczyć czas obecności WOŚP na antenie, Owsiak zaczął przebąkiwać o ewentualnym przeniesieniu imprezy do którejś z telewizji prywatnych. Chciałbym zobaczyć, jak TVN albo Polsat daje mu tyle czasu antenowego, co Telewizja Polska. Taki gest mają tylko państwowe firmy.
Często przywoływany - ale przez to nie mniej prawdziwy - jest argument, że gdyby w czasie, przeznaczonym na pokazywanie pokrzykującego w studiu Owsiaka puszczać reklamy i dochód z nich przeznaczyć na cel, wspierany przez WOŚP, byłoby to o wiele więcej pieniędzy.
Problem polega na tym, że człowiekowi, posługującemu się mocno dyskusyjną retoryką i językiem dzięki wsparciu publicznej instytucji nadano nieproporcjonalnie wielką do jego dokonań rangę. Dlaczego zatem akurat Owsiak? Dlaczego spośród tylu ludzi, zajmujących się działalnością charytatywną - w tym tych działających nie w formie wielkiego cyrku raz w roku, ale na co dzień przez cały czas - wybrano właśnie witrażystę z Krakowa? Ha, dobre pytanie.
10 stycznia 2009: „Terror moralny znów na ulicach”
Gdy dwa lata temu napisałem krytycznie o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, nazywając ją Wielką Orkiestrą Świątecznej Przemocy (moralnej), posypały się na mnie gromy. Osobiście gromił mnie nawet Igor Janke, narzekając na mój brak wrażliwości. […]
W świetle informacji, jakie się w ciągu ostatnich dni pojawiły, cyrk zwany Wielką Orkiestrą istotnie wydaje się coraz trudniejszy do obrony. Wygląda bowiem na to, że aby zebrać jakąś sumę pieniędzy, trzeba wydać sumę niewiele mniejszą, a może nawet większą, gdyby do kosztów emisji finału, obsługi imprezy itp. dodać jeszcze honoraria artystów. No i pozostaje kwestia finansowania Przystanku Woodstock – imprezy wbrew pozorom ideologicznie nacechowanej.
Wiem, że to oklepane zestawienie, ale w tym momencie narzuca się jednoznacznie: fundacja Owsiaka, która wykłóca się o czas antenowy, a samorządy muszą się dokładać po kilkadziesiąt tysięcy na organizację koncertów, bo bez tych rzeczy zbiórka okazałaby się prawdopodobnie kompletną klapą; a z drugiej strony inne fundacje, kierowane przez ludzi mniej kontrowersyjnych, nie ustawiających się wyraźnie po żadnej stronie ideowych podziałów, działające skutecznie, spokojnie, po kilkaset razy mniejszych kosztach, nie promowane przez publiczną TV, nie dotowane przez samorządy, czasem walczące o przetrwanie, a zbierające pieniądze na nie mniej szlachetne cele. Stawiam tezę, że Owsiak postawiony w ich sytuacji, zniknąłby w ciągu roku. I uważam za skrajnie niesprawiedliwe, że jeden człowiek, prezentujący wyjątkowo nieciekawy styl, jest nieustannie promowany za publiczne miliony – tak naprawdę kosztem innych.
Dość oczywiste, że taka impreza dobroczynna traci swój praktyczny sens. Pozostaje jedynie sposobem na swego rodzaju moralną masturbację biorących w niej udział, wypromowanie jej twórcy, p. Owsiaka, oraz reklamę firm, za którą płacą jak zwykle ich klienci, nie pytani przecież o zdanie, czy chcą dołożyć swoich kilka groszy do promowania szołmena w czerwonych okularach.
Wygląda też na to, że szołmenowi zaczęło z lekka odbijać. Jego zachowanie podczas konferencji z przedstawicielami TVP, jego list do Zbigniewa Ziobry, nie pozostawiający złudzeń, że Owsiak jest jakimś apolitycznym dobroczyńcą – wszystko to wskazuje, że szef WOŚP poczuł się zbyt pewnie.
Jedną rzecz za swoim tekstem sprzed dwóch lat muszę tu powtórzyć: argumentem całkowicie bałamutnym i demagogicznym jest stwierdzenie, że wskazywanie na te wszystkie problemy, wątpliwości oraz krytyka samego Owsiaka oznacza, że nie jest się wrażliwym na tragedię dzieci, którym przecież WOŚP pomaga. Tak argumentować może jedynie ktoś, kto sądzi, że cel uświęca środki w każdych okolicznościach oraz że w sferze publicznej mają prawo funkcjonować ludzie wyłączeni spod wszelkiej krytyki tylko dlatego, że robią coś pożytecznego – pozornie lub faktycznie.
Prosiłbym także – piszę to na podstawie doświadczeń z dyskusji pod moim dawnym tekstem – nie używać argumentów, sięgających po osobiste doświadczenie: „Moje dziecko uratował sprzęt kupiony przez WOŚP”. Z tego typu doświadczeniem nie da się dyskutować, bo to jest stwierdzenie z całkiem innego porządku niż racjonalna dyskusja na argumenty.
11 kwietnia 2009: „Witrażysta Owsiak chce dać z baśki”
Na temat obecnych, kolejnych, problemów Lecha Wałęsy ze swoją przeszłością (bo tak należy właściwie opisywać sytuację wokół IPN) wypowiadały się już różne osoby. Jeśli były to osoby należące, mówiąc ogólnie, do kamaryli antylustracyjnej, względnie wspierające z różnych powodów politykę rządu, to wiadomo, w jakim tonie były to wypowiedzi. Treść pozostawał ta sama, zresztą nie mająca nic wspólnego z faktami, tylko forma bywała różna. W przeciwnym obozie istnieje znacznie większa rozbieżność poglądów, by wskazać tylko na wypowiedzi Piotra Gontarczyka, Sławomira Cenckiewicza, Janusza Kurytki, Jana Żaryna czy Antoniego Dudka.
Dziś jednak znalazłem wypowiedź, którą można uznać za swego rodzaju ukoronowanie kampanii pod hasłem „Przyznać Lechowi Wałęsie dożywotni immunitet od wszystkiego”. Jest to wypowiedź guru polskich dobroczyńców, osoby takim swoistym immunitetem obdarzonej już jakiś czas temu, Jerzego Owsiaka, zgodnie z modą na kumplowanie się ze wszystkimi nazywającego siebie samego „Jurkiem”.
O Owsiaku i jego akcjach mam zdanie wybitnie krytyczne. Pisałem o tym w Salonie24 dwukrotnie przy okazji finałów WOŚP. Wówczas jednak chodziło głównie o dokonania tego pana na polu zbiórek publicznych. Jest taka dobra cecha ludzi, działających w niektórych dziedzinach. Zaliczyć do nich można także dobroczynność: nie należy się mieszać do spraw spoza tej dziedziny, a już zwłaszcza nie należy zabierać głosu w kwestiach polityki. To w pewien sposób nie wypada, a może też zaszkodzić sprawie, której się służy.
Mój wielki szacunek zyskują osoby takie, jak choćby Anna Dymna, którą kilkakrotnie próbowano wciągać w różne polityczne inicjatywy, ale zawsze odmawiała. Podobnie na szacunek zasługują aktorzy, którzy wbrew modzie uważają się za kompetentnych tylko w kwestiach sztuki i aktorstwa. Warto zwrócić uwagę, że ta skromność dotyczy zazwyczaj aktorów starszego pokolenia, choć bynajmniej nie wszystkich, by wspomnieć Marka Kondrata.
Z drugiej strony mamy osoby, które najpierw zyskują przyznawany im przez elity warszawski i krakówka status postaci ponadpartyjnych, niezaangażowanych i niekwestionowalnych autorytetów, by potem nagle w odpowiednim momencie zabrać głos w jakiejś mocno kontrowersyjnej, ściśle politycznej sprawie. To np. casus Wisławy Szymborskiej, niegdyś autorki poematów, wysławiających najlepszy ustrój świata i Józia Słoneczko, potem autorki miłych, choć w mojej osobistej opinii dość przeciętnych wierszy, a następnie sygnatariuszki listów w sprawie aborcji, lustracji czy wyroku na prof. Andrzeja Zybertowicza. Przy tym, mimo swojego więcej niż jednoznacznego zaangażowania politycznego po stronie bardzo konkretnej wizji Polski, wręcz konkretnego środowiska, niektórzy wciąż usiłują wmawiać, że Szymborska jest osobą „niezależną” i pozapolityczną. To sprytny zabieg: nie myślące samodzielnie osoby, przyswajające sobie bez śladu refleksji klisze, przedstawiane przez Salon, akceptują następujące rozumowanie: skoro S. jest poza polityką, to jeśli zabiera głos w jakiejś sprawie, musi to być głos z wyższego poziomu, całkowicie obiektywny.
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku Owsiaka. Oczywiście jedynie najwięksi naiwniacy, cynicy lub idealiści mogliby sądzić, że Jerzy Owsiak jest ponadpolitycznym „dyrygentem” WOŚP. Dawno jednak nie dał wyrazu swoim poglądom w tak dosadny sposób jak teraz. Zrobił to zresztą w charakterystycznym dla siebie knajackim i chamski stylu, mówiąc: „Dość tego szmaciarstwa [czyli IPN]. Jak trzeba, mogę przyłożyć z baśki”. W obronie Wałęsy, ma się rozumieć.
Jerzy Owsiak, co szczególnie zabawne, odwołuje się, jak można wywnioskować z jego chamowatej wypowiedzi, nie tylko do książki Pawła Zyzaka, ale też wcześniejszej Gontarczyka i Cenckiewicza, nazywając tę pierwszą „powieścią kucharską”. Jak rozumiem, pan Owsiak przeczytał dokładnie obie książki, zwłaszcza tę Zyzaka, a że jako witrażysta z zawodu posiada wszelkie kwalifikacje, aby oceniać publikacje z punktu widzenia warsztatu historycznego, więc jego wypowiedź jest oparta na solidnych studiach i przemyśleniach.
Czy można tę deklarację Owsiaka o „przyłożeniu z baśki” oddzielić od jego działalności charytatywnej? W moim przekonaniu – nie. Gdyby sam Owsiak traktował swoją działalność jako apolityczną, unikałby podobnych wystąpień, zwłaszcza że chyba nikt ich od niego specjalnie nie oczekiwał. Skoro ich nie unika, należy uznać, iż z własnej woli wszystkie swoje działania wprzęga w swoją quasipolityczną aktywność.
Jeżeli Jerzy Owsiak miał jeszcze w moich oczach jakąś śladową choćby wiarygodność jako szef jednej z większych akcji dobroczynnych w Polsce, to właśnie ją stracił. Pomijając już fakt, że jego deklaracje o „dawaniu z baśki” sprowadzają dyskusję o sprawie niezwykle poważnej na poziom budy z piwskiem, gdzie Owsiak widocznie czuje się najlepiej.
10 stycznia 2010: „Na czym polega oszustwo Owsiaka”
[…]
W przypadku Owsiaka mamy do czynienia z często stosowaną metodą tworzenia iluzji pozapolityczności osoby i przedsięwzięcia, które pozapolityczne wcale nie są. Owsiak nie jest osobą „pozaideologiczną”, stojącą w jakiś sposób poza sporem politycznym. Przeciwnie – jest osobą o bardzo wyrazistych poglądach, które uzewnętrzniają się od czasu do czasu w postaci zapowiedzi „dawania z baśki” tym, którzy ośmielają się badać życiorys Wałęsy, w wypowiedziach na temat Radia Maryja albo w usuwaniu sprzed wejścia na Przystanek Woodstock (podkreślam: z terenu publicznego) wystawy antyaborcyjnej. Jednak dla środowiska, mówiąc ogólnie, „Gazety Wyborczej” jest Owsiak authority of last resort – kimś, po kogo się sięga w nadzwyczajnych sytuacjach. Owsiak jest niezwykle wygodny, ponieważ jego charytatywna działalność pozwala tworzyć wrażenie, iż jest osobą niezaangażowaną politycznie, a więc to, co mówi, mówi niejako z pozycji „pozapolitycznych”. (O stosowaniu tej metody w pierwszym dziesięcioleciu III RP bardzo ciekawie pisał Zdzisław Krasnodębski w eseju „Filozofia III RP, czyli od »antypolityki« do »postpolityczności«” w zbiorze „Rzeczpospolita 1989-2009”, wydanym przez krakowski Ośrodek Myśli Politycznej.) Słuchacze odbierają poglądy Owsiaka nie jako poglądy uczestnika politycznej wojny, ale kogoś spoza nielubianego środowiska polityków, a tym samym nadają im większą wagę. Na tym polega wielkie oszustwo Owsiaka, którego on sam, jak sądzę w pełni świadomie, nie chce wyjaśnić, np. poprzez oficjalne poparcie konkretnej partii politycznej. Wziąwszy to pod uwagę, absolutnie zasadne było umieszczenie w noworocznej szopce przez Marcina Wolskiego m.in. Owsiaka właśnie w loży celebrytów, przyklaskujących oczywiście opcji jedynie słusznej.
WOŚP jest instrumentem utwierdzania tej iluzji. Przy czym trzeba zauważyć, że nastąpiła tu całkowita personalizacja idei: WOŚP to Owsiak, Owsiak to WOŚP. Są i inne organizacje, które posługują się popularnym wizerunkiem swoich twórców (Fundacja Anny Dymnej czy Akogo Ewy Błaszczyk), ale żadna z nich nie jest tak medialnie rozdmuchana, tak kontrowersyjna i żadna nie zmieniła się w sprawnie działający koncern. Tym samym każdy wyskok Owsiaka i każde jego kontrowersyjne stwierdzenie natychmiast może być zbite kontrargumentem: ale on tyle robi dla dzieci.
Czy na pewno? Owsiak zrobił przez te wszystkie lata z WOŚP istny cyrk, którego koszty stają się absurdalne. Godziny telewizyjnych transmisji, przeloty samolotami (tym razem w eskorcie F-16), tysiące ludzi do obsługi koncertów, którzy przecież nie pracują darmo, sprzęt itd. Jaki jest sens ciągnąć imprezę, gdzie co roku trzeba wymyślać nowe fajerwerki, coraz absurdalniejsze i coraz kosztowniejsze, byle zachęcić ludzi do jednorazowego zrywu? Porównanie kosztów i zysków to zwykłe wyliczenie efektywności. Nikt tego dotąd nie zrobił, a w takim wyliczeniu wspominany przez Leskiego Caritas wypadłby pewnie o kilkaset procent lepiej niż WOŚP.
Dlaczego nikt tego nie zrobił? O tym też już swego czasu pisałem: w sprawie WOŚP działa moralny szantaż. Kto krytykuje Owsiakową imprezę, ten widocznie musi nienawidzić małych dzieci, którym Owsiak pomaga. Ten argument jest oczywiście absurdalny, oparty na naciąganym sylogizmie i założeniu, że cel uświęca środki, a przy okazji dowodzący niezdrowego utożsamienia idei z osobą.
W licytacjach WOŚP biorą udział wszystkie liczące się firmy, wydając w ten sposób pieniądze swoich klientów bez pytania ich o pozwolenie, ewentualnie pieniądze państwowe. Nie ma wysokiego urzędnika, który mógłby się wyłamać z obowiązkowego entuzjazmu – w tym cyrku biorą udział i prezydent, i premier. Szantaż moralny odnosi skutek. Kto w entuzjazmie nie bierze udziału, zostaje napiętnowany.
Po raz kolejny warto postawić pytania, które już zadawałem: z jakich to powodów akurat jedna charytatywna impreza, firmowana przez osobę mocno kontrowersyjną, cieszy się bezprecedensowym wsparciem mediów, publicznych i prywatnych? Dlaczego akurat w tym przypadku istnieje niepisany obowiązek entuzjazmowania się i wspierania tej imprezy? Dlaczego F-16, które, jak rozumiem, i tak muszą latać, latają akurat, eskortując Owsiaka, a nie Annę Dymną albo wolontariuszy Caritasu, którzy co roku przed świętami po cichu sprzedają swoje świece?
Medialny i organizacyjny cyrk, jaki towarzyszy WOŚP, dawno już przekroczył granice absurdu i przyzwoitości. Owczy pęd wyłącza myślenie większości ludzi, którzy „dają na Owsiaka”, bo „przecież wszyscy dają”. Wraz z każdą edycją WOŚP uzupełniany jest wizerunkowy kapitał człowieka, który pod pozorami ograniczenia wyłącznie do pracy charytatywnej, przemyca bardzo wyraziste poglądy społeczne i polityczne. Ja tego kapitału podwyższał mu nie będę.

11 stycznia 2010: „Ojej, pan Owsiak się zirytował”
Reakcja Jerzego Owsiaka na mój skromny komentarz w dzisiejszym „Fakcie” pokazuje, że w swoich ocenach mam rację. Szef WOŚP ma status celebryty i z niektórymi z nich dzieli skrajny brak odporności na krytykę, do czego przyczynił się czapkujący mu od lat salon.
Proszę sobie przypomnieć, w jakim tonie kilka dni temu media informowały o szpitalu w Warszawie na Niekłańskiej, który nie bardzo chciał przyjąć dar WOŚP, ponieważ nie był na to przygotowany, a Orkiestra nie była uprzejma wcześniej swoich planów ze szpitalem skonsultować. Dostało się głównie szpitalowi, do którego przylgnęła łatka niewdzięcznika. Z tego tonu wyłamały się jedynie częściowo „Wiadomości” TVP.
Teraz pan Owsiak okazał na konferencji prasowej nieskrywaną irytację, że istnieją w Polsce media i komentatorzy, którzy śmią nie uczestniczyć w powszechnym zachwycie jego inicjatywą. Dostało się oczywiście „Naszemu Dziennikowi”, a także „Faktowi”, w tym za mój komentarz, oraz Polsatowi. Bo przecież Owsiakiem i WOŚP nie wolno się nie zachwycać. Oberwała nawet „GW” za to, że umieściła relację zbyt daleko, zdaje się, że na 8. kolumnie.
Mało co sprawia mi taką radość, jak widok osoby przyzwyczajonej do hołdów, która nagle odkrywa ze zdenerwowaniem, że są tacy, którzy nie tylko nie składają należycie głębokich ukłonów, ale przeciwnie – są skłonni zgłaszać jakieś obiekcje.
Pan Owsiak był uprzejmy, w charakterystycznym dla siebie knajackim tonie, stwierdzić, iż „jakiś idiota” napisał, że WOŚP się nie rozlicza. Nie wiem, czy miał na myśli mój tekst – jeśli tak, to mocno przeinaczył jego sens. Napisałem w nim bowiem to samo, co na Salonie24: że nikt nie policzył pełnych kosztów finału WOŚP. Co absolutnie nie oznacza, iż WOŚP jako fundacja się nie rozlicza – stawianie takie zarzutu byłoby kompletna bzdurą.
Tak czy owak – irytacja celebryty Owsiaka jest dla mnie największą nagrodą. Dziękuję, panie Jerzy.

anonim, January 4, 2014 12:21 Skomentuj komentarz


DLACZEGO NIE DAJĘ OWSIAKOWI – argumenty w punktach

Maciejewski Kazimierz w dniu 6 Styczeń 2013

Młodzieży zbierającej do puszek WOŚP można w prosty sposób wyjaśnić naszą odmowną decyzję.

Zamiast dyskutować, wręczać krótki wypunktowany spis argumentów. Wystarczy wydrukować sobie mały zapasik i ruszyć w miasto. Proponuje coś w tym rodzaju:

DLACZEGO NIE DAJĘ OWSIAKOWI PIENIĘDZY

Pieniądze z WOŚP nie trafiają do chorych dzieci, tylko do „chorych” czyli niedofinansowanych instytucji publicznych, jakimi są szpitale. Działalność charytatywna powinna z definicji trafiać do osób (Caritas = miłosierdzie można okazywać osobom, a nie instytucjom)

WOŚP nie pomaga chorym dzieciom, tylko uzupełnia braki wyposażenia szpitali, odciążając w ten sposób budżet państwa z ustawowego obowiązku zapewnienia opieki zdrowotnej swoim obywatelom z zebranych podatków. Wrzucając pieniądze do puszki płacę podatek drugi raz.

Owsiak tylko za część zebranych pieniędzy (ok. 50%) kupuje sprzęt dla szpitali. Reszta idzie na koszty obsługi imprez i koszty własne fundacji. Można to sprawdzić w sprawozdaniu finansowym fundacji dostępnym w internecie. Nie wszyscy artyści grają za darmo, niektórzy pobierają spore gaże. Fundacja wydaje milionowe kwoty na własną siedzibę, nowe samochody, sprzęt studyjny, tzw. „działania propagatorskie”, etaty pracowników itp.

Zgodnie ze statutem fundacji WOŚP, tylko pieniądze z działalności gospodarczej fundacja musi wydać na cele statutowe, czyli ochronę zdrowia. Natomiast pieniądze uzyskane ze zbiórek publicznych, aukcji, darowizn, imprez może legalnie wydać na dowolny cel.

Fundacja WOŚP jest 100% udziałowcem spółki „Złoty Melon”, a J. Owsiak jej prezesem. Spółka w przeciwieństwie do fundacji nie musi ujawniać sprawozdania finansowego. Po co istnieje i dlaczego jest ściśle powiązana z WOŚP?

Zebrane pieniądze Owsiak przetrzymuje do jesieni danego roku obrachunkowego na lokatach, a z odsetek (kilka milionów zł), jak twierdzi, organizowany jest Przystanek Woodstock. Nie chcę, aby z moich datków, a nawet odsetek od nich była finansowana impreza pod hasłem „róbta co chceta”, na której nie obowiązują żadne zasady moralne, a nieletnia młodzież używa narkotyków i alkoholu. Na każdym Przystanku Woodstock promowana jest sekta Hare Kriszna (ma stałą „wioskę”). Jak wygląda ta impreza można zobaczyć wpisując w YT: Przystanek Woodstock (thanks to www.ojciec-dyrektor.de)

Koszty obsługi WOŚP są bardzo wysokie. Część Owsiak pokrywa z zebranych pieniędzy poważnie uszczuplając kwotę przeznaczoną na zakup sprzętu. Resztę pokrywają np. budżety telewizji publicznej (czas antenowy), budżety miast (en. elektryczna, ochrona policji i straży miejskiej itp.), budżet Obrony Narodowej (np. przelot Owsiaka samolotem F16 w 2010r.) To wszystko są pieniądze z naszych podatków.

Sprzęt dla szpitali kupowany jest bez przetargów, a szpital nie ma wpływu na wybór firmy i negocjację umowy kupna. Sprzęt często stoi nierozpakowany, bo materiały eksploatacyjne do urządzeń są zbyt drogie, lub szpital nie ma pieniędzy na dodatkowy etat dla osoby obsługującej. Są poważne wątpliwości, na jakiej zasadzie wybierane są firmy od których WOŚP kupuje sprzęt.

WOŚP nie jest apolityczna. Przy okazji tej imprezy promują się politycy (szczególnie jednej opcji).

Caritas zbiera rocznie wielokrotnie większą kwotę bez rozgłosu i wydawania publicznych pieniędzy, a pieniądze trafiają do konkretnych potrzebujących osób.

Owsiak otwarcie promuje eutanazję „Osobiście dopuszczam taki sposób pomocy, bo ja to tak rozumiem – eutanazja to dla mnie pomoc starszym w cierpieniach” – to jego wypowiedź dla „Dziennika”.

Maria Kowalska  niepoprawni.pl
Skomentuj notkę
12 stycznia 2004 (poniedziałek), 15:28:28

Misja (z cyklu: to lubię)

"Misja", reżyseria Roland Joffe, scenariusz Robert Bolt.

Scena finałowa, rozmowa kardynała Altamirano z Wielkimi Tego Świata.

Kardynał Altamirano:
                   - Macie odwagę mówić mi, że ta rzeź była konieczna?

Don Cabeza:
                   - Zrobiłem, co do mnie należało, wobec uzasadnionej potrzeby, którą, ty sam, Eminencjo, usankcjonowałeś. Muszę stwierdzić, że w istocie było to konieczne.

Senor Hontar:
                   - Nie miałeś wyboru Eminencjo. Żyjemy w tym świecie a ten świat taki jest.

Kardynał:
                   - Nie, senor Hontar. Takim ten świat uczyniliśmy. Takim uczyniłem go ja.

Luźne przemyślenia:

  • Oglądając ten film, pierwszy raz po ponad 15 latach zauważyłem, że głównym bohaterem nie jest ani kapitan Mendoza (Robert de Niro) ani ojciec Gabriel (Jeremi Irons) ale kardynał Altamirano (Ray Mc Anally). Film w zasadzie jest obrazem, jaki namalował reżyser do listu, który Altamirano pisze do papieża zdając relacje z misji jaką miał wykonać. Obraz ten próbuje pokazać dylematy człowieka a działania misyjne Jezuitów powyżej wodospadów, nawrócenie Mendozy i sam konflikt to już tylko tło, choć bardzo jasno i ostro przedstawione. Może nawet za jasno, skoro pierwszy plan zauważyłem dopiero teraz. Tak więc film jest o dylematach, wyborach, konsekwencjach i prawdzie a o misji jest jakby przy okazji.
  • Kluczową sceną filmu jest jego ostatnia scena - jest jakby podsumowaniem: Wyznanie kardynała jest mocne i prawdziwe: "... Takim ten świat uczyniliśmy. Takim uczyniłem go ja". Jakże niewielu ludzi stać na takie stwierdzenie. Przecież dużo łatwiej powiedzieć: takim ten świat uczynili oni (cykliści, żydzi, komuniści i postkomuniści, solidaruchy, milery i buzki, rywiny i leppery... oni!). Takim ten świat uczyniłem ja. I to również moje wyznanie.
  • Trudni mi było odnaleźć w filmie jakieś ładne zdjęcia, które chciałbym tu umieścić. Niby są ładne widoki, ale jak się ich szuka to nie ma. Aby więc nie było tak pusto umieszcza jeszcze trzy, które chyba ładne nie są ale oddają jakoś klimat tego co w filmie się działo.
  • Ciekawostką jest, że po napisach końcowych jest jeszcze jedna scena, którą w kinie trudno zobaczyć, bo z reguły już się z niego wyszło. W scenie tej kardynał kończy pisanie, składa i pieczętuje swój list.
  • Muzyka Ennio Morricone jak w wielu podobnych przypadkach żyje sobie własnym życiem, znana oczywiście jako muzyka z Misji.

Kategorie: to lubię, film, _blog


Słowa kluczowe: misja, film, Brazylia, Argentyna, Hiszpania, Portugalia, jezuici, Indianie


Komentarze: (11)

krisper, January 16, 2004 12:04 Skomentuj komentarz


Jesteś pewny że czynisz to wyznanie? Myślałeś nad jego konsekwencjami? Dalej uważasz że tego świata nie należy zmieniać? Bo moim zdaniem takie wyznanie może pociągnąć za sobą tylko działanie. Chyba że się jest wrażliwym tchurzem jak kardynał.

w34 -> krisper, January 16, 2004 12:28 Skomentuj komentarz


Tak, potwierdzam, to moje wyznanie. Jestem kawałkami odpowiedzialny za to jak wygląda ten świat.

Wyznanie to zmusza mnie to refleksji nad sobą i do "mocnego postanowienia poprawy" na które mam, a właściwie Pan Bóg ma dobrą recepte, np. w Gal 2.20.

Nie wiem czy przez to uda się ten świat zmienić na lepszy, pewnie nie (tak mówią proroctwa) ale może uda się go przynajmniej mniej psuć, tzn. może ja będę go mniej psuł.

khan-goor, January 12, 2004 20:38 Skomentuj komentarz


w sumie mamy wolną wolę, więc świat kształtujemy my…

pomoc-drogowa, January 12, 2004 19:11 Skomentuj komentarz


hm.

lucynapilo, August 6, 2007 12:41 Skomentuj komentarz


Czytając Twój komentarz do filmu "Misja"
zauważyłam, że ze zrozumieniem filmu tak naprawdę, Miałam ten sam problem. Kiedy naście lat temu oglądałam ten film (kilkanaście -z resztą - razy; nieźle sobie kino na mnie zarobiło :D) nie do końca łapałam jego sens. Na szczęście dostałam książkę na podstawie której film nakręcono (autora nie pamiętam), i zauważyłam, że -jak rzadko kiedy - książka pomogła mi pojąć film, a film ułatwił zrozumienie książki.
W ogóle jestem zwolenniczką zasady, że lepiej jest najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć adaptację. Mam wówczas swój własny pogląd na wiele kwestii i interpretacja scenarzysty, czy reżysera nie zakłóca mi myślenia. Nie wiem czy jasno piszę, ale zawsze było mi ciężko ubrać w słowa to co chodzi mi po głowie (pomijając insekty wszelkiej maści :D).
Dziękuję za mile spędzone na lekturze chwile.
Lucyna P

w34, August 6, 2007 13:31 Skomentuj komentarz


:-)

raritan, August 6, 2007 22:08 Skomentuj komentarz


"Misja" to takze moj ulubiony film.
Dla mnie to film o zaborczosci i bucie. Kardynal dzialal wylacznie w interesie instytucji ktora reprezentowal a jego wyrzuty sumienia sa jak kac po lekkim nadurzyciu dzien wczesniej. Misjonarze z kolei uznali ze trzeba tubylcow uszczesliwic na sile. Z filmu wynika ze misjonarzy w ogole nie interesowalo to ki sa Ci ludzie tylko jak zrobic z nich owieczki boze..
Kapiten Mendoza z kolei jest tylko we wlasnym interesie i wylacznie ze soba sie identyfikuje. Nawet w ostatniej scenie kiedy Irons namawia go by z pokora przyjal wyroki Boga, Mendoza z szabelka wyzyna tylu "wrogow" ilu potrafi nia siegnac. Robi to bo ma klopot z samymm soba i gniew mimo ze przez jakis czas uspiony eksploduje w calej pelni.
Sami Indianie ponosza najwieksze ofiary - nie tylko wlasnego zycia ale takze poprzez kompletne zrujnowanie cywilizacji w ktorej zyli przez prawdopodobnie tysiac lat, na zasadzie ze dobry Indianin to martwy Indianin.
Pozdrawiam

w34, August 6, 2007 22:09 Skomentuj komentarz


No cóż. Twoje widzenie tego filmu nie jest jeszcze najgorsze. Są tacy, co wszędzie tylko gołe baby widzą. Ale jedno jest pewne - masz zupełnie inny system wartości - powinieneś zostać Indianinem.

raritan, August 10, 2007 00:00 Skomentuj komentarz


2007/08/07 17:29:41
Oczywiscie ze Kardynal reprezentowal instytucje Kosciola. Przeciez nie Komitet Centralny Komunistycznej partii Kuby. Ale dlaczego mowimy o niej jak o czyms oczywistym?? Za kazda instytucja stoja ludzie. Czy chce dalej powazac instytucje Kosciola ktora rzadzi np. pan Rydzyk? Czy Panstwo jest moim panstwem jesli rzadzi nim pan Lepper??
Nie jestem bynajmniej rozwydrzonym liberalem ale wiem ze instytucja - jakkolwiek by sie nie nazywala nie jest warta slepego oddania. Nie jest przede wszystkim wieczna jak ci co ja reprezentuja staraja sie przedstawic. Wszystko ma swoj poczatek i koniec ( no, moze oprocz Wiekuistego). Sama instytucja nie ma w sobie wbudowanej superinteligencji ktora stawialaby ja ponad wszystko, bo twarza ja i rzadza nia ludzie. Najczesciej drapiezni i niebezpieczni.
Zawsze zastanawialem sie w jaki sposob czlowiek taki jak Kardynal Altamirano doszedl do swojej godnosci. Ilu swoim przeciwnikom podstawil noge w drodze po swoj kapelusz, a moze go sobie po prostu kupil? Kosciol wcale nie jest lepsza instytucja od innych, ktore zarzadzaja tym czy tamtym swiatem, wiec nie mam zludzen.
Jezeli odczuwal po tym co zobaczyl jakis wewnetrzny konflikt moralny to przeciez mogl zrzucic swoj kapelusz, wziac krzyz i fujarke i pojsc w dzungle. Zdecydowal sie jednak zostac na swoim stanowisku. W czym jest on lepszy od swego potencjalnego nastepcy?? W tym ze objawia skrupuly??? Ze modli sie za tych ktorzy zgineli?? Moze wlasnie tylko tym ostatnim. Moze roznica pomiedzy nim a innymi ludzmi Kosciola jest taka, ze Kardynal wciaz wierzy w Boga. I tylko to broni go w moich oczach.
Co do kultur prekolumbijskich to znow mnie troszke niedoceniasz. Pasjonuja mnie one i moja wiedze na ten temat uzupelniam na biezaco.
Ale nawet pomijajac wszystkie te antropologiczne i kulturowe dane mowiac o Indianach, wciaz mowimy o ludziach. Takich samych jak my. Dzialajacych jak my. Uzywajacych szarych komorek do myslenia i obu rak do pracy. To nie sa Marsjanie W34....
Nie mozemy uzurpowac sobie prawa ze wiemy lepiej co jest dla nich dobre, zwlaszcza, ze nawet nie zadalismy sobie trudu by zrozumiec kim sa.
Myslisz ze Tatarzy ktorzy spalili moj Sandomierz trzy razy - chcieli zle??? Na pewno mieli znakomite uzasadnienie dla tego co robia i nie mieli zadnych wyrzutow sumienia. Reprezentowali wyrafinowana kulture wiec nie byli tak do konca dzikusami jakbysmy chcieli ich widziec. Ale tak na nich patrzymy. Jak myslisz: jak patrzyli na konkwistadorow Aztekowie czy Inkowie???
Nie chce przedluzac tego wpisu wiec jeszcze na koniec w punktach:
1. ciesze sie ze mamy prznajmniej wspolne zdanie na temat Mendozy :)
2. Moralnosc aczkolwiek niesamowicie intymna w swej knstrukcji poprzez to, ze czlowiek nie jest samotnikiem staje sie czescia regul ktore wyznaje okreslona grupa spoleczna. Np. Niemcy w znakomitej swej wiekszosci milczaco poparli faszyzm i jest to sytuacja moralna spolecznie. Czyz sam nie uzyles podobnego skrotu myslowego ( ze tak powiem :)) )mowic o holokauscie u Aztekow??? :)
3. Zgadzam sie rowniez, ze autorefleksja jest istotna, dlatego nie zacietrzewiam sie w tej dyskusji i z przyjemnoscia czytam Twoje argumenty.
4. A to czego Ty mi zyczysz ja Tobie zycze nawzajem :)

cito1, August 10, 2007 00:00 Skomentuj komentarz


2007/08/07 18:59:07
O matko z córką!

w34, August 10, 2007 00:02 Skomentuj komentarz


#1. Przykro mi ale to państwo jest twoim państwem, ponieważ w nim mieszkasz (o ile się nie mylę). Niestety - taka jest demokracja - wybrano Leppera. Ale możesz spróbować się przeprowadzić do innych państw, np. we Włoszech wybrano Berlusconiego, w Niemczech Szredera. Są jeszcze mniej demokratyczne państwa typu Białoruś (nie polecam) i Arabia Saudyjska (to może być ciekawe). Wybór należy do Ciebie.

#2. Źle opisujesz Kościół, bo Kościół to wspólnota ludzi mających bliską relacje ze Stwórcą. To o czym piszesz to Kościół Rzymsko-Katolicki i w nim mieści się zarówno Rydzyk jak i Pieronej, de Mello jak i Levebr (ten ostatni nieco wystaje). To problem Kościoła Rzymsko-Katolickiego - nie mój.

#3. W tym filmie dyskutowany był problem moralny kardynała przy decyzji o wytyczeniu granicy Portugalsko-Hiszpańskiej. O jego karierze nie ma tam słowa więc nie domyślaj się, bo o karierze kleru jest wiele innych filmów. Ten jest ciekawy ze względu na samorefleksję tego kardynała.... i już. A to że mógł postąpić inaczej - tak, mógł. Nie był tak radykalny jak Mendoza, który w swej samorefleksji (i pokucie) poszedł znacznie dalej. Widocznie kardynała było stać tylko na samorefleksje. Ciekawe jest jednak to, że pozostałe osoby dramatu cynicznie olewają tą samorefleksje mówiąc kardynałowi "nie przejmuj się - taki jest świat". A Ty kim jesteś w swoim świecie? Nawróconym neofitą Mendozą? Mającym samorefleksje kardynałem? A może jesteś cynikiem jak Senior Hontar lub trzepiącym kasę Don Cabeza?

#4. Tak, Indianie to ludzie. Aż nadziwić się nie mogę, że kultura europejska zauważyła to gdzieś dopiero w XVII w. Obok nas są jednak kultury, które wolności osoby nie uznają do dziś - i co ciekawego, kultura europejska chyba się też w tej dziedzinie cofa, mimo iż pozornie wolność i tolerancja pozwala na coraz więcej. Nie wiem czy wiesz, ale kwestia Indian, niewolnictwa itp. to były problemy podnoszone ludzi Kościoła. Oczywiście znajdziesz wśród kleru wypowiedzi udowadniające, że niewolnictwo jest OK, ale jednocześnie ruch abolicjonistów, praca metodystów i baptystów w USA doprowadziły do zmiany prawa i zniesienia niewolnictwa. Co więcej - misje chrześcijańskie (nawet ta przedstawiona w Misji) miały za cel zachowanie Indian w ich kulturze w przeciwieństwie do przemysłowców tylu Senior Hontar dla którzych ważny był teren i zyski z niego płynące.

#5. Jeżeli piszesz, że "Nie mozemy uzurpowac sobie prawa ze wiemy lepiej co jest dla nich dobre, zwlaszcza, ze nawet nie zadalismy sobie trudu by zrozumiec kim sa." to pisz za siebie. Ty nie możesz. Ja pozwolę sobie wiedzieć, co jest dobre dla mnie i co jest dobre dla innych ludzi. Jeżeli tylko zaprzeczysz mojemu zdaniu, udowodnisz, że wierzysz dokładnie tak samo jak ja więc zastanów się, weź to na logikę i przemyśl.

#6. Moralność jest subtelna - ale nie jest tylko wytworem kultury, bo człowiek jako istota duchowa (tak zostaliśmy stworzeni) ma to coś więcej, co powoduje, iż może chcieć szukać swego Stwórcy. Poszukasz - znajdziesz. Znajdziesz - zachwycisz się i oddasz mu cześć jako Stwórcy. Olejesz poszukiwania - nie znajdziesz i będziesz oddawał cześć czemuś innemu co skutecznie popsuje sumienie i sprawi, że moralność będzie tylko wytworem kultury.

#7. Dziękuję za miłe komentarze.

W34.
Skomentuj notkę
14 stycznia 2004 (środa), 10:02:02

Bardzo przyjemny obraz świata

Julian Tuwim: Wszyscy dla wszystkich

Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył,
Gdyby nie miał mieszkania?

A i murarz by przecie
Na robotę nie ruszył,
Gdyby krawiec mu spodni
I fartucha nie uszył.

Piekarz musi mieć buty,
Więc do szewca iść trzeba,
No, a gdyby nie piekarz,
Toby szewc nie miał chleba.

Tak dla wspólnej korzyści
I dla dobra wspólnego
Wszyscy muszą pracować,
Mój maleńki kolego.



1. Tuwim to jednak był idealista. Mimo tego co przeżył, tego co widział w
trudnych czasach zawsze pozostała w nim wielka wiara w człowieka.

2. Byłem wychowywany na tego rodzaju wierszykach, które przekonały mnie, że świat może być uporządkowany, spokojny, właściwy. Ale czy czterolatkom należało czytać "Bagnet na broń"? Nie wiem.


Kategorie: poezja, to lubię, _blog


Słowa kluczowe: Tuwim


Komentarze: (1)

Wóda, February 14, 2008 23:40 Skomentuj komentarz


ehhhh pamiętam gdy na scenie jako 5 letni chłopczyk recytowałem "wszysczy dla wszystkich" 1-go maja potem wata cukrowa i woda z saturatora.Nie mówię ze było lepiej poprostu było inaczej
Skomentuj notkę
15 stycznia 2004 (czwartek), 13:58:58

Obrazkowa tożsamość.

Wielkie podziękowania dla:

Dobrze jest wiedzieć kim się jest!

A jak ktoś chce mieć taką koszulkę to zapraszam na serwis:
http://www.cyborgname.com/cyborger.cgi?acronym=wojtek&robotchoice=governor2k3


Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe:


Komentarze: (1)

red/wl (pepegi.blog., January 15, 2004 14:08 Skomentuj komentarz


:-)

Kłania się Positronic Entity Programmed for Exploration and Galactic Infiltration. Też ciekawa fucha, nieprawdaż, Imienniku?..
Skomentuj notkę
16 stycznia 2004 (piątek), 12:52:52

Ziemia obiecana #3 (z cyklu: to lubię)

Na początek cytat:

Borowiecki podniósł się do wyjścia, bo go śmieszyła i oburzała zarazem ta rozmowa.

- Panie Karolu, chciałam się z panem widzieć, aby prosić go o pomoc, o wytłumaczenie Mieciowi tego małżeństwa. Wiem, że pana poważa, a jako naszego kuzyna prędzej może posłucha, pan mnie rozumie i odczuje, że ja nie mogę pomyśleć nawet o tym bez bólu, że jakaś pachciarka, córka nędznego aferzysty mogłaby panować tutaj, wśród pamiątek i wspomnień żywych czterowiekowej przeszłości rodu naszego. Cóż by oni na to powiedzieli! - wykrzyknęła boleśnie, szerokim ruchem wskazując szereg portretów, szereg głów rycerskich i senatorskich, majaczących żółtymi plamami w zmroku.

Borowiecki uśmiechnął się zjadliwie i trącając palcem w starą zbroję zardzewiałą, stojącą pomiędzy oknami, rzekł prędko i dobitnie:

- Trupy. Archeologia ma swoje miejsce w muzeach; w życiu dzisiejszym nie ma czasu na zajmowanie się upiorami.

- Pan się śmieje! Wy wszyscy się śmiejecie z przeszłości, zaprzedaliście duszę złotemu cielcowi. Tradycje nazywacie trupami, szlachectwo przesądem, a cnotę zabobonem śmiesznym i godnym politowania.

- Nie, tylko rzecz zbyteczna, jak na dzisiaj. Cóż mi pomoże cześć tradycji do zbytu perkalików! Cóż mi pomogą moi kasztelańscy przodkowie, gdy stawiam fabrykę i muszę szukać kredytu! Dają mi go Żydzi, a nie wojewodowie. A cały ten balast rupieci, jak tradycja, jest jak cierń w nodze, przeszkadza do szybkiego chodzenia. Człowiek dnia dzisiejszego, który nie chce zostać cudzym parobkiem, musi być wolnym od więzów, przeszłości, szlachectwa i tym podobnych przesądów, to krępuje wolę i obezsila w walce z przeciwnikiem bez skrupułów - bo bez tradycji; z przeciwnikiem dlatego strasznym, że jest sam sobie przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, środkiem i celem.

- Nie, nie! ale dajmy temu spokój. Może pan ma rację, ale ja swojej nie ustąpię nigdy.

Władysław Reymont, Ziemia Obiecana, rozdział XIX, rozmowa Borowieckiego z panią Wysocką. W wersji filmowej rozmowa Borowieckiego z ojcem w Kurowie.

Myśli nieuczesane:

  • Czytając wypowiedź Borowieckiego wydaje się, że świat zmusza nas do podjęcia walki, rywalizacji, gonitwy, biegu wyścigu szczurów i wszystko to na zasadach jakie w świecie panują, a których większość z nas nie akceptuje. Ale czy na pewno? Tak, oczywiście - przecież Łódź w XIX wieku i Warszawa na przełomie XX i XXI pokazują, że tak. I dlaczego zadaje takie głupie pytania?

    Ale czy na pewno? Wątpliwość jednak pozostaje.

  • Jezus powiedział do swoich uczniów, którzy mieli jeszcze przez jakiś czas być na świecie:
    • "Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichrzów, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? Jeśli więc nawet drobnej rzeczy uczynić nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne?"

      (Ewangelia Łukasza 12:22-26)

    • "To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat."

      (Ewangelia Jana 16:33)

    Wydaje się, że te wypowiedzi Jezusa nie pasują do dzisiejszych czasów, są niepraktyczne, nie da się je zastosować, należy je schować w muzeum. Ale czy pasowały do Jego czasów?

    Na pewno nie i albo On mówił prawdę i to prawdę ponadczasową i takie podejście jest słuszne zawsze i wszędzie albo po prostu kłamał.

    Ważna uwaga: mówił to do swoich uczniów, nie do ludzi ze świata.

  • Tematem rozmowy Borowieckiego jest tradycja? Moim pytaniem jest, czy sama tradycja jest w sobie wartością? Gdyby była, to pewnie nie dała by się tak łatwo zmieść przez nowoczesność, która po jakimś czasie sama staje się też tradycją.

    To kolejna moja wątpliwość, dlatego chyba muszę dać sobie spokój z przywiązywaniem się do niej mimo, że wokoło jest kilku  integrystów i  fundamentalistów, którzy zapomnieli o prawdziwych wartościach zawartych w tradycji i bronią jedynie tradycji samej w sobie.

  • Filmowcy mają pewną swobodę w kręceniu filmów "na podstawie powieści", mogą ciąć, podkreślać, przekreślać, mieszać. Cieszę się jednak, że Wajda, mimo że tak dużo pozmieniał pozostawił co ciekawsze wypowiedzi Reymonta. Fajne jest też to, że nie musiał ich kolorować, gdyż są one ciągle aktualne.

  • I niech to będzie pierwsza notka z tych korporacyjnych, których mając pełen podziw dla Dilbertów pewnie za jakiś czas napiszę więcej.

Kategorie: to lubię, film, ekonomia, etyka, _blog


Słowa kluczowe: Borowiecki, Ziemia Obiecana, Reymont, etyka, zasady


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
16 stycznia 2004 (piątek), 18:25:25

Wojna światów - rzecz o konwergencji elektroniki i o telekomunikacji

Na początku elektronika rozwijała się w trzech kierunkach:

  • istniała elektronika dla świata mediów, radiowców, tych o telewizji a potem od innych rozrywkowych zabawek;

  • tworzono coraz to lepsze telekomunikacyjne systemy komunikacji, od wynalazku Bell'a zaczynając a na satelitach kończąc;

  • próbowano zaangażować elektronikę aby pomagała liczyć, przy czym dość szybko elektronika ta przestała być analogowa i zaczęła rozumieć tylko zera i jedynki a więc zaczęła być elektroniką cyfrową.

Tak więc pojawiły się trzy światy reprezentowane przez elektroników, którzy tworzyli trzy różne światy, przy czym każdy z nich chciał coś zrobić dla ludzkości, przy czym każdy chciał to zrobić także na polu porozumiewania się ludzi, a więc na polu telekomunikacji.
Każdy z tych światów wytworzył swoje własne usługi, ale żeby je dobrze przeanalizować należy znaleźć dobre wskaźniki oceny usługi. Do poniższych rozważań proponuję użyć trzech wskaźników:

  • jakości rozumianej jako coś co jest dostępne, proste, zawsze działa, każdy może sobie to kupić, nie musi być specjalistą aby to obsługiwać;

  • pasmo rozumiane tu jako ilość informacji którą należy przesłać w czasie;

  • uniwersalność jako wskaźnik tego, do czego taką usługę można zastosować, co z niej można wycisnąć, co w niej ciekawego i zaskakującego jest.

Świat elektroniki medialnej wyprodukować radio i telewizje, ale za chwile zaczął udoskonalać swoje sztandarowe usługi poprawiając uniwersalność. Pojawiły się więc w radiu dodatkowe informacje (RDS) a w telewizji telegazeta.
Świat telefoniarzy wyprodukował sieci telefoniczne a potem zwiększał i pasmo (ISDN) i uniwersalność (też ISDN) wprowadząc takie usługi jak fax, wiadomości SMS, transmisje danych. Trudno jednak im jest przekroczyć pasmo 2Mb/s dla klienta bo zakorzenieni są w 64kb/s używanym w swej podstawowej usłudze jaką jest zwykły telefon (POTS)
Kompyterowcy dość szybko zaczęli swoje komputery łączyć tworząc sieci komputerowe, które początkowo tylko potrafiły przesyłać proste informacje (BITNET) z czasem zaś wymyślono sieć Internet, która początkowo wąskopasmowa zaczeła swoją uniersalnością zaskakiwać (o ile działała)
Dość szybko doszło do wojen, bo każdy ze światów starał się wykazać, że to właśnie on jest najlepszy w tworzeniu usług dla komunikowaniu się ludzi.

Jako pierwszy zaatakował świat komputerowców, którzy starali się wykazać, że nie tylko przez sieć internet wszystko można, ale również można to za darmo. Zaczęli więc za darmo przez Internet rozmawiać tak jak przez telefon, zaczęli realizować wideokonferencje, na których wielkie kompanie świata telekomunikacyjnego zarabiały wielkie pieniądze. Potem zabrali się za świat mediów i zaczeli tworzyć stacje radiowe i telewizyjne, które nadają korzystając z wolności i choć nie mają tyle pasma co elektronicy w świecie mediów jednak nie mają tez koncesji, ograniczeń prawnych i co najważniejsze, ograniczeń terytorialnych.
Na rzuconą rękawicę zaraz odpowiedzieli przedstawiciele świata telekomunikacyjnego. Stwierdzili, ze bez nich jakakolwiek telekomunikacja by nie istniała (chyba po części mieli racje) i dość szybko się scyfrowili. Odbili telefonię sprowadzając większość ruchu telefonicznego w pakiety internetowe (co zwie się telefonią VOIP), zaczęli przyłaczać do sieci Internet wszystkich, w dość przystępnej cenie (przez co wzrosła jakość) oraz zaczęli oferować treść (również ruchome obrazy) przez co narazili się elektronikom ze świata mediów.
Świat mediów nie mógł patrzeć spokojnie na tą wojnę. W końcu oni mają masowego klienta i jego pieniędzy tak chętnie oddać nie chcą.

Zaraz więc wymyślili, że w swoim szerokim paśmie spokojnie upchać można wszystko co internetowe a więc dostęp do internetu i telefonie VOIP zaczeli oferować operatorzy telewizji kablowej. Operatorzy telewizji satelitarnej też przesyłają internetowe dane, a operatorzy treści zaczęli swoje programy uzupełniać o internetową treść zapisaną w formie stron Web, gdyż prosty teletekst nie jest zbyt piękny.
Te trzy wojny doprowadziły do całkowitego załamania się świata elektroniki. Teraz już nie wiadomo kto jest kto, bo każdy robi wszystko. Ortogonalność systemu załamała się i to właśnie zwie się konwergencją.
A przecież wszystkim chodzi tylko o znalezienie tej uniwersalnej telekomunikacyjnej superusługi.

Kolejny raz wyszło, że ludzie nie mogą się ze sobą dogadać.


 

Ponieważ jutro mam wygłosić wykład o konwergencji usług, który to wykład stworzyłem gdzieś na początku 2000 r. (to już 4 lata!, szok!) to aby przypomnieć sobie jego treść napisałem tą bajkę wykorzystując stare slajdy z PowerPointa. Nie mam siły tego poprawiać: "com napisał - napisałem" i niech tak zostanie.


Kategorie: telekomunikacja, zawodowe, _blog


Słowa kluczowe: telekomunikacja, wojna światów, konwergencja, media, GSM, VOIP, VOD


Pliki


Komentarze: (2)

anonim, February 10, 2004 12:00 Skomentuj komentarz


Konwergencja (łac. convergere - zbierać się) to rozwój podobnych form pod wpływem podobnych warunków.

khan-goor, January 17, 2004 00:28 Skomentuj komentarz


com napisał - napisałem.com :)
Skomentuj notkę
18 stycznia 2004 (niedziela), 10:18:18

Niemen, Katharsis

Z listu do M. (Katharsis)

czemu kiedy idę padam?
Ludzie mówią, czas nie czeka,
Nie pędzi do nikąd, nie ucieka.
Jeśli każe nam się liczyć z sobą
zaciskając złudną pętle kłamie.
Kłamie, kłamie, jak iluzjonista sprawny.
Czemu więc ciężkie boje toczymy,
Gromadzimy łez obfite plony w muzeach pamięci.
Niewolnicy pośpiechu,
Czemu, czemu i czemu?
 
Ze wszystkich dążeń i pragnień
Tęskno mi jedynie do dotyku twego muśnięć delikatnych
Jak do lekarstwa na smutki.
(odtworzone z pamięci, Czesław Niemen, "Katharsis", 1975)

Myśli:

  • Obraz Niemena jak wisiał w sypialni tak wisi. Już od 20 lat.
  • Jeszcze jeden, który już wie. Jest jednak nadzieja, że jest po dobrej stronie, gdyż w bliskim otoczeniu miał kogoś, kto już za życia po dobrej stronie jest.
  • Ale czy aż tak "dziwny jest ten świat"?

Kategorie: to lubię, muzyka, poezja, _blog


Słowa kluczowe: Niemen, Katharsis


Komentarze: (2)

khan-goor, January 19, 2004 15:34 Skomentuj komentarz


ten świat jest chyba jeszcze dziwniejszy, niż się Niemenowi wydawało...

red/wl (pepegi.blog., January 19, 2004 14:52 Skomentuj komentarz


Gratuluję stażu... ja właśnie ostatnio dojrzewam do nabycia "Od początku" i teraz mam takie dziwne uczucie że jak to zrobię to "na fali blabla" mimo, że sam wiem, że na żadnej fali, chyba że na fali własnego dojrzenia. cząstkowego rzecz jasna. A co do Pendereckiego - hmm byłem na koncercie u nas W Piotrze i Pawle z okazji 70 urodzin kompozytora, pod jego batutą... Pasaże niektóre piękne, ale raczej tak.... potencjalnie, że jak sie zapoznam to polubię. Na gorąco to jednak niełatwa muzyka, słyszę szczegóły ale nie dostrzegam zamysłu całości.
Skomentuj notkę
18 stycznia 2004 (niedziela), 12:06:06

Sprawiedliwość

Definicja:
Sprawiedliwość to cecha działania osoby polegająca na konsekwentnym stosowaniu obowiązującego prawa.

Myśli nieuczesane:

  1. W przypadku osób posiadających władzę (rząd, władca, król, Bóg, itp) cecha ta dodatkowo polega na zgodnej z prawem ocenie postępowania osób podlegających władzy, w szczególności nagradzania za postępowania za które należy się nagroda i bezwzględnego karania za postępowanie przewidziane karą.
  2. Patrz: władza, miłosierdzie, usprawiedliwienie.
  3. Usłyszane w radiu:
    Sprawiedliwość to mocna, stała wola oddawania każdemu tego, co mu się należy.
    (Święty Tomasz z Akwinu).

Kategorie: zabawa w słowa, filozofia, _blog, fiki, fikisłowa, fikipedia


Słowa kluczowe: Sprawiedliwość, Tomasz z Akwinu, filozofia, prawo, władza, systemy filozoficzne


Komentarze: (4)

ireo, July 7, 2005 09:49 Skomentuj komentarz


a mnie się najbardziej podoba następujące:
jeśli szukasz sprawiedliwości - szukaj w słowniku na literę S

krisper, January 23, 2004 19:22 Skomentuj komentarz


Problem polega na tym, że w konfrontacji z samą sprawiedliwością ani ja ani TY ani nikt na świecie nie ma szans...

red/wl (pepegi.blog., January 19, 2004 14:47 Skomentuj komentarz


krisper> może i gówno warta, ale byłaby najprawdziwszą sprawiedliwością chyba, nieskażoną czymś, co jest dobre, ale niekoniecznei sprawiedliwe... a przecież nie chodzi o to, czy dobre czy niedobre, tylko czy sprawiedliwe...

krisper, January 18, 2004 20:07 Skomentuj komentarz


Ja się zetknąłem z definicją Arystotelesa i dość mi się ona podobała, a brzmiała mniej więcej tak, że sprawiedliwość to rozum wyzbyty miłosierdzia. I tak w środku czuję, że sprawiedliwość bez miłosierdzia jest gówno warta.
Skomentuj notkę
19 stycznia 2004 (poniedziałek), 20:30:30

List o miłości

From: w34@blog.pl
To: (...)
Sent: Wednesday, October 29, 2003 2:54 PM
Subject: Odpowiedz na trudne pytanie

> Każdy człowiek ma swoje odmienne
> wyobrażenie o miłości ...

1) Masz racje. Niestety masz racje więc żeby ludzie się rozumieli muszą uzgodnić swoje "wyobrażenia o miłości".

Zanim więc powiesz "kocham" musisz wiedzieć co znaczy to słowo. I to nie koniec bo musisz też wiedzieć, że osoba do której mówisz te słowa też to wie i do tego wie to tak samo. Dobrze jest też to wiedzieć jak się takie słowa słyszy skierowane do siebie, a o czym napiszę później.

2) Miłość oczywiście ma swoje znaczenie emocjonalne, czasem wydaje się, że miłość to uczucie - można się cieszyć uczuciami i fajnie jest to robić. W końcu to takie przyjemne być kochanym. Ale czy na pewno miłość to tylko uczucia? Przecież uczucia przemijają zaś miłość nie przemija (przynajmniej tak jest o niej napisane). Czym że jest więc miłość?

3) Czasami wydaje mi się, że miłość jest decyzją. Mówi się "kocham cię" i koniec, kocham cię bez warunków, bez ograniczeń, bez uzależnień, tak zupełnie za darmo. Jak ciężko w takiej decyzji trwać gdy uczucia przeminą i miłość zaczyna kosztować, być problematyczną, być uciążliwa. Ale przecież jak się podjęło decyzję, zwłaszcza taką na poważnie, na całe życie, potwierdzoną publicznie, przy świadkach to jak można się z tej decyzji wycofać? Nie powinno się. Nie wolno! Nie można.

Jak miłość zaczyna kosztować to wychodzi, czy ktoś jest konsekwentny w swych decyzjach czy też nie. Wychodzi ile naprawdę warte było słowo "kocham cię". Niestety - dla niektórych wychodzi to za późno.

4) A czym jest miłość? Ja, na swoje potrzeby zdefiniowałem ją sobie w ten sposób: "Miłość to relacja między osobami, zakładająca czynienie drugiej osobie dobra. Czasami (a może zawsze?) miłość wymaga ofiary."

Czy podoba Ci się taka definicja? Każdy musi ocenić samemu czy jest wystarczająca ale dobrze jest aby mówiąc komuś "kocham" powiedział co przez to słowo rozumie.

Dobrze jest też gdy ktoś słysząc słowa "kocham cię" nie poniósł się swoim uczuciom i nie dał zamknąć sobie oczu i wyłączyć rozumy tylko po prostu, bez emocji (jak w takim momencie być bez emocji) spytał: "a co przez to rozumiesz?"

Zbyt często bowiem stwierdzenie: "kocham cię" oznacza "jest mi z tobą dobrze i chcę z tego korzystać trwając w tym stanie". A co będzie jak przestanie być dobrze?

Bądź zdrowa.

Wojtek


Kategorie: listy, miłość, _blog


Słowa kluczowe: miłość, uczucia, decyzja, małżeństwo, seks, sex, kocham


Komentarze: (1)

SABCIA, October 11, 2006 21:16 Skomentuj komentarz


Masz rację z tym słowem trzeba uwarzać...!
Skomentuj notkę
19 stycznia 2004 (poniedziałek), 21:28:28

Po angielsku

1) Inspiracja do badań:
- Zauważam, że obrazki w Alicjach "są namalowane tą samą ręką co obrazki z "Narni".
- Podobieństwo Śródziemia do Narni jest zadziwiające. Właściwie nie chodzi mi o podobieństwo tych dwóch światów (lub wszechświatów) ale podobieństwo podejść autorów do problemu.

2) Narzędzie prowadzenia badań: Internet Explorer, łącze xDSL, Google, troszkę czasu.

3) Lewis Carroll, właściwie Charles Lutwidge Dodgson, 1832-1898:
- matematyk, choć znany jako autor Alicji,
- ukończył Oxford i tam wykładał w latach 1855-1881,
- potem został duchownym anglikańskim,
- Alicja to 1865 a po drugiej stronie lustra to rok 1871,
- bawił się też fotografią.

4) Clive Staples Lewis, 1898-1963:
- studiował na Oxfordzie,
- a potem wykładał na Oxfordzie,
- Opowieści z Narnii powstały w latach 1950-1956,
- Inklingowie to nieformalna grupa oksfordzkich pisarzy intelektualistów (Lewis, Tolkien ale nie tylko).

5) John Ronald Reuel Tolkien, 1892-1973:
- wykładał na Oxfordzie język staroangielski,
- w tym czasie coś tam pisał, ale pierwsze wydanie Trylogii to 1954 rok.


notka przeredagowana w listopadzie 2018


Kategorie: obserwator, _blog


Słowa kluczowe: lewis, tolkien, carroll, alicja, narnia


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
20 stycznia 2004 (wtorek), 17:33:33

Cel zycia

1. Celem zycia nie jest, i chyba nie moze byc szczescie.

2. Dazenie do szczescia w zyciu jest niebezpieczne - latwo pokaleczyc siebie i innych.

3. Celem zycia jest, i powinno byc posluszenstwo Stworcy.

4. Szczescie moze byc efektem posluszenstwa Stworcy.

5. Szczescie, ktorego zrodlem jest Stworca okresla sie nie uzywanym juz slowem: "blogoslawienstwo".

6. Termin "blogoslawienstwo" wyszedl z uzycia (jest niepraktyczny) bo malo kto w tej chwili nie dazy do szczescia. Jest wrecz przeciwnie, wszystko zacheca nas do tego aby do szczescia dazyc. Wszystko tez na okolo zacheca nas do tego, aby Stworcy nie byc posluszny.

7. iPAQ nie ma polskich literek dlatego dziwnie sie to pisze i glupio czyta. Zupelnie jak na PDP-11.


Kategorie: filozofia, _blog


Słowa kluczowe: cel życia, szczęście, Bóg, Stwórca


Komentarze: (10)

w34 -> pepegi, January 24, 2004 23:58 Skomentuj komentarz


Oj, w trudną dyskusję się tu wspuszczamy - w dyskusje, w których przez wieki, na ten temat wymyślono i wiele i nic.

Ale przynajmniej wyjaśnie moje stanowisko aby ta notka była czytelniejsza.

1. Uważam, że ludzie mają na tyle wolności, żeby wybierać czy chcą, czy nie chcą służyć Stwórcy.

2. Czynników zniewalających człowieka jest na świecie wiele. Np. moje lenistwo to mój straszny ograniczacz, są też inne wiem, że nie ma takiego, który przeszkodziłby mi w wyborze o którym pisze powyżej. I myślę, że inni ludzie mają tak samo: mogą wybierać: z Bogiem czy też bez.

3. Bóg całkowicie szanuje nasze wybory a jeżeli pojawiają się u nas jakieś dylematy typu: Judasz, Nabuhodonozor, Hitler to trudno się je rozważa mając na uwadze, że Bóg jako Osobowy Absolut wie dużo więce - więcej, wie wszystko i to wszystko zawsze. I w tym wiedzeniu wszystkiego ma i realizuje swój plan. Jak więc może być, że On realizuje swój plan względem mnie a ja mimo to mam wolny wybór? Nie może to być a jednak jest.

4. Niejaki Kubuś Fatalista też się nad tym zastanawiał przy czym bardzo cwanie wykorzystywał te dylematy do swoich potrzeb. Można tak (i jest zabawnie) ale można uczciwiej i wtedy (wg mnie) jest jeszcze zabawniej, bo Bóg takie szczere postawy bardziej ceni. I tu właśnie dochodzimy do błogosławieństwa, które było osią mojej notki.

reptil, January 20, 2008 21:27 Skomentuj komentarz


"4. Celem zycia jest, i powinno byc posluszenstwo Stworcy."

Ciekawy jestem czy wiesz na czym owo posłuszeństwo polega.

w34, January 21, 2008 00:40 Skomentuj komentarz


Tak, na razie sobie z tą widzą radzę. Czasem lepiej, czasem gorzej ale radze. Niestety, lepiej wiem czym jest nieposłuszeństwo, bo organ zwany sumieniem wysyła odpowiednie impulsy czy też sygnały. Tak więc odpowiem twierdząco mimo iż oczka mi się zamykają taki jestem śpiący.

Ale dlaczego zadałeś takie pytanie to już nie wiem.

W.

red/wl (pepegi.blog., January 21, 2004 22:22 Skomentuj komentarz


Mhm. Jako zalecenia, poglądy - rozumiem, szanuję, w większości podzielam.

A co do tego nieświadomego służenia, to jednak jestem zdania, że Stwórca ma jakąś kontrolę nad nieświadomymi też, no i jeśli O nimi poniekąd steruje,to oni Mu mimowolnie służą.

"Jam jest częścią tej siły..." - cytat z Fausta bodaj brzmi znajomo. I postać choćby Judasza. Wiem, przykład skrajny i tendencyjny. Ale ogólnie, cokolwiek jest, od Niego pochodzi i Jemu służy, stąd moje sformułowanie o służeniu nieświadomym.

w34 -> red/wl, January 21, 2004 13:12 Skomentuj komentarz


1. Dziękuję, za poważne przemaglowanie tego tekstu. Wiem, że nad tym tematem muszę jeszcze poracować. To co widać powstało wczoraj, bardzo spontanicznie, spisane w samochodzie na iPAQ w sposób w jaki pojawiło się w moim umyśle.

2. Wypowiedź: "Nie jest i nie może być" jest moją opinią (można powiedzieć, że jest "luźnym przemyśleniem")a skoro jest opinią, a nawet pewnego rodzaju własnym zaleceniem to nie ma tu sprzeczności, którą wykazałeś.

3. Na Twoje ostatnie pytanie odpowiem tak: świadomość służenia Stwórcy jest warunkiem koniecznym służenia. Nie wyobrażam sobie służenia bez tej świadomości.

Świadomość ta ma jeszcze jedną ważną ceche: pomaga służyć tak, jakby Stwórca chciał aby mu służono. Jeżeli nie ma tej świadomości to służymy swojej wizji stwórcy, czyli de facto sobie.

4. Jeszcze raz chciałbym podkreślić różnicę pomiędzy szczęściem a błogosławieństwem. Szczęście można osiągnąć na wiele sposobów, błogosławieństwo tylko od Boga. Moim przekonaniem jest, że błogosławieństwo jest czymś lepszym niż szczęście. Lepszym i trwalszym a trwalszym zwłaszcza w kontekście wieczności.

5. Jeszcze raz dziękuję za rozwijającą dyskusje.

red/wl (pepegi.blog., January 21, 2004 12:20 Skomentuj komentarz


Ad 1. "Nie jest i nie może być"? To jest opinia, aksjomat, co to jest? Bo fakt faktem, co potwierdza pkt 5, dla wielu JEST celem. A jeśli jest, to automatycznie MOŻE być. I jeżeli już punkty 4, 3 i 4 (;->) są sformułowane tak zdecydowanie, to dlaczego nie pójść dalej i nie skorelować celu w postaci pojęcia "szczęścia" z pojęciem "służenie Stwórcy"? Służyć Stwórcy można na multum sposobów świadomie, pomijając fakt, że cokolwiek czynimy z jakąkolwiek intencją, jest służeniem Stwórcy, z definicji Stwórcy. I tu pochwaliłbym celność słówka "może" z pkt 3. Reasumując: wszyscy służymy Stwórcy, świadomie i nieświadomie, a niektórzy dzięki temu są szczęśliwi, zarówno pośród tych służących świadomie, jak i służących nieświadomie.

Czy uważasz, że ŚWIADOMOŚĆ służenia Stwórcy jest warunkiem koniecznym szczęścia? Bo ja nie wiem, co myśleć o tym.

w34 -> marekm, January 20, 2004 22:57 Skomentuj komentarz


1) Dziękuję za śliczny dowód. Lubię czytać dowody przez sprowadzenie do sprzeczności. Taka konstrukcja jest zawsze jasna i czytelna.

2) ... ale w Twoim dowodzie znajduję błąd. Źle odczytałeś moją tezę 3. Dążenie do posłuszeństwa _może_ być źródłem szczęścia ale wcale nie musi, z uwagi na suwerenność Stwórcy.

3) Wprowadzony przez Ciebie automatyzm:
posłuszeństwo => błogosławieństwo
moim zdaniem nie zawsze działa. Wiem za to, że działa:
Nieposłuszeństwo => przekleństwo.

4) Moja tez 2 (dążenie do szczęścia może być niebezpieczne) bierze się z obserwacji, zwłaszcza mojej, choć nie tylko mojej osoby. Po prostu dążenie do szczęścia (czy trywializując "przyjemności) powoduje, że klapy na oczy spadają, człowiek rusza w gonitwe i zapomina o zasadach, które może łatwo (podobnie jak ograniczenie do 70km/h na DTŚ) złamać a stąd już niedalego do pokaleczenia siebie i innych.

marekm, January 20, 2004 22:38 Skomentuj komentarz



Nie zgadzam sie ze zdaniem:

2. Dazenie do szczescia w zyciu jest niebezpieczne - latwo pokaleczyc siebie i innych.

Co argumentuje takim oto wywodem:

posluszenstwo Stworcy => szczescie (Twoja teza 3)
co po podstawieniu do (2) daje:
Dazenie do posluszenstwa Stworcy w zyciu jest niebezpieczne.

Z czym i Ty sie chyba nie zgadzasz :)

Hocus, November 18, 2009 21:40 Skomentuj komentarz


Stwierdzenie to sugeruje, że potrzeba bycia szczęśliwym, dążenie do szczęścia, jest generalnie czymś niewłaściwym.
A może człowiek szczęśliwy to (statystycznie) człowiek który lepiej służy Bogu? (choćby dlatego, że ma więcej czasu by się nad sobą i nad wolą Boga zastanowić).

Można np. zadać pytanie, czy więcej woli Boga jest w krajach Afryki, gdzie plemiona zamiast dążyć do szczęścia mordują się wzajemnie na rozmaite sposoby, czy w bogatej i hedonistycznej Szwajcarii.

Myśląc całkiem po ludzku, odpowiedź wydaje się prosta. Ale po chwili zastanowienia myślę, że jest jej (woli Boga) najpewniej po równo i tu i tu. Tylko Plan Stwórcy nieco inny. A z tego dla mnie wynika konkluzja, że dążenie do szczęścia wcale nie musi kłócić się z dążeniem do posłuszeństwa Bogu.

BTW: zdradzisz swój sposób na poszukiwanie "drogi posłuszeństwa"? Chodzi mi o sposób "pozytywny", co mam robić, a nie negatywny - gdy sumienie mówi "tego nie rób".

anonim, November 23, 2009 19:19 Skomentuj komentarz


Sposób pozytywny to razem "obcować" i dobrze, że ten termin brzmi w naszym języku tak dwuznacznie. Właśnie o taka dwuznaczność chodziło świętemu Pawłowi, gdy pisząc o relacji Bóg - człowiek przyrównywał ją do relacji małżeńskiej.

Jest taka rzeczywistość zwana przez chrześcijan Nowym Narodzeniem - wiem, że wielu jak Nikodem (nauczyciel Izraela opisany w ewangelii Jana, rozdział 3) nie łapie tego ale ja wiem, że to jest, bo jest to też od pewnego czasu moim udziałem. Po nowym narodzeniu przykazania z zakazów (nie kradnij) zmieniają się w obietnicę (nie będziesz kradł) przy czym niestety, wcale to nie oznacza, że nie będę kradł (wolna wola dalej pozostaje. Ale oznacza to tylko, że wielce nie chce mi się kraść, nie chce mi się, bo bardzo zmieniła się moja wewnętrzna motywacja.

Po nowym narodzeniu, gdy mniej jest mnie a więcej Jego można jak Paweł zawołać ... poczytaj w Gal 2.20 - i to właśnie jest ten pozytyw.

Nowego narodzenia teraz Ci życzę.

W.
Skomentuj notkę
21 stycznia 2004 (środa), 10:44:44

dialogi na cztery nogi

pracownik call center:
- Witam. firma Firmex. Can I help you?
klient:
- Chciałbym zakupić pakiet waszych usług.
pracownik call center:
- Czy jest pan osobą fizyczną?
klient:
- ???


Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe: osoba fizyczna, osoba prawna, call center


Komentarze: (3)

nadja, January 21, 2004 20:30 Skomentuj komentarz


no ja mam kilka takich textow.. i hot line ERY

1/KLIENT: Jak wyjadę na HAWAJE to ten telefon będzie działać?
- tak
- a ten z domu?
- przepraszam czy pan chce zabrać tel. stacjonarny?
- a który lepiej działa ?


2/Klient: Dzień dobry chciałbym zlokalizować gdzie teraz jest moja żona, bo dzwoniłem do niej i mówiła, ze jest w Szczecinie, a miałem wrażenie, ze pojechała jednak gdzie indziej, gdzieś w rejony Wladyslawowa .
BOK: Ale my nie jesteśmy w stanie zlokalizować pańskiej żony.. .
Klient: Pani ja bezczelnie kryje! Jak nie możecie jej zlokalizować jak ja do niej przed chwila dzwoniłem i ja zlokalizowałem?

3/Klient: Dzień dobry. Przeczytałem właśnie w
gazecie, ze Państwo mogą mnie podsłuchiwać nawet jak ma wyłączony telefon . Czy to prawda?


to tak na big comment:)

w34 -> Khan-goor, January 21, 2004 12:50 Skomentuj komentarz


Poprawiam :-) i niech to pozostanie naszą słodkom tajemnicom.

khan-goor, January 21, 2004 11:26 Skomentuj komentarz


zostawmy ich samych ze sobom... :)
Skomentuj notkę
21 stycznia 2004 (środa), 16:49:49

Czy etyka moze być w biznesie?

Definicja 1

Etyka to dział filozofii zajmujący się badaniem i tworzeniem systemów moralnych (moralności) rozumianych jako systemy określania tego co jest dobre a co złe.

Definicja 2a

Biznes#1 to część aktywności człowieka ukierunkowana na przynoszenie zysku.

Definicja 2b

Biznes#2 to część aktywności człowieka ukierunkowana na zabezpieczenie jego potrzeb materialnych oraz zaspokojenie potrzeby bogacenia się.

Twierdzenie

Jeżeli czynimy etykę narzędziem prowadzenia biznesu to etyka przestaje być etyką.

Szkic dowodu

  • Cel biznesu: zaspokojenie potrzeb życiowych oraz zaspokojenie potrzeby bogacenia się.
  • Etyka: czerpiący ze światopoglądu proces kreowania systemu moralnego, który przesądza o stylu życia i stylu prowadzenia biznesu.
  • Prawdziwy (dobry) światopogląd powinien być odzwierciedleniem odkrywanej rzeczywistości.
  • Jeżeli etykę podporządkowujemy celom biznesowym (utrzymanie się, zysk, bogacenie się) nie wyprowadza ona systemu moralnego ze światopoglądu (swobodnego badania wszechświata).

Uzupełnienia:


Kategorie: etyka, ekonomia, _blog


Słowa kluczowe: etyka, moralność, biznes, ekonomia, gospodarka, liberalizm


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
22 stycznia 2004 (czwartek), 17:54:54

Noce i dnie (z cyklu: to lubię)

noce i dnie
"W życiu bywają noce, bywają dnie powszednie,
a czasem bywają też niedziele."
Maria Dąbrowska, "Noce i dnie", film w reżyserii Jerzego Antczaka, 1975 r.

Myśli nieuczesane:

  • Takich książek się już dziś nie piszę, takich filmów nie kręci. Bo co kogo obchodzi, że jakiś facet przeżył z jakąś kobietą 30 lat, że pracowali, że urodzili, że wychowali. Żeby to chociaż jakiś gwałcik na początek, jakiś napad, jakiś mafiozo lub maczo, a ona żeby była taka niezła laska, wamp, blondyna z dużym biustem, żeby się bardzo namiętnie całowali, i nie tylko ..., albo żeby się strzelali, samochodami gonili po chodnikach, żeby coś wybuchało. Albo może jakiś rozwód, skomplikowana sprawa prawna przed sądem, co to on zdradzał, ona też a teraz walczą o dzieci, o firmie, bo majątek, bo on ma nową a ona robi karierę ... To byłby film, a nie 4 godziny nudy.

  • Jaką przeciwnością do tego filmu jest np. KiT czyli "Kasia i Tomek" (kolejność nieprzypadkowa). Bogumił i Barbara (kolejność nieprzypadkowa) to ludzie starający się być konsekwentni w swych decyzjach. Barbara, chyba co chwile stwierdza, że go nie kocha a przy tym jednocześnie powtarza "jakie to szczęście, że to ja go dostałam". Stwierdza to i nic ... żyje dalej, bo jest jego żoną, bo taką decyzje podjęła, bo "w życiu są dnie i noce, ale zdarzają się też niedziele, dużo rzadziej niż te w kalendarzu".

  • A na temat KiT to mi się dziś wymyśliło, że to związek dwóch zakochanych jamochłonów, które we wzajemnych uściskach starają się nawzajem coś sobie odgryźć. I to dziś niestety (a nie Bogumił i Barbara) jest silnym wzorcem osobowości dla mas i małolatów.

  • Świat się zmienia. Na gorsze. Maranatha!


Kategorie: to lubię, film, _blog


Słowa kluczowe: Noce i dnie, Dąbrowska, Antczak


Komentarze: (6)

pit, April 3, 2006 20:11 Skomentuj komentarz


Co tu dużo mówić , arcydzieło po prostu , jak dla mnie .

też Barbara Niechcic, December 19, 2006 23:28 Skomentuj komentarz


..ach!jakoś tak mi bliski ten serial ...postać Barbary zagrana przez Jadwige Barańską WSPANIAŁA!!!

hanulek, April 30, 2005 13:48 Skomentuj komentarz


ja mam dopiero 15 lat i przeczytałam noce i dnie kilka razy, a film i serial praktycznie znam na pamięć.film i książka stały się od razu moimi ulubionymi.moi rówieśnicy to nawet nie wiedzą że takie coś istnieje, ich po prosu nie obchodzą takie rzeczy. pozdrawiam

Żelazny, January 23, 2004 21:06 Skomentuj komentarz


Szeptem: Reżyserem jest Antczak, nie Andczak.
Głośno: Szkoda, że o muzyce w tym flimie nic nie napisałeś.
Na stronie: Bo chętnie bym się dowiedział, gdzie można zdobyć zapis tej genialnej ścieżki dźwiękowej.
Pozdrawiam (z szacunkiem i pełen podziwu).

krisper, January 23, 2004 18:58 Skomentuj komentarz


Na jednym z kanałów powtarzany jest serial "Daleko od szosy". Pewnego razu przypadkiem oglądałem jeden z odcinków razem z siedmioletnią córką. Jedna rzecz która mnie zdziwiła to ta że córce bardzo się ten serial spodobał. Co sie tyczy zaś wzorców w dzisiejszych mediach to moja latorośl , gdy Leszek (główny bochater) ot jechał sobie na motorze , stwierdziła "O zaraz będzie wypadek!". Była bardzo zdziwiona gdy żadnego wypadku nie było, bo w każdej bajce ktoś kogoś tłucze coś się rozwala lub zdarzają sie jakieś katastrofy.

red/wl (pepegi.blog., January 23, 2004 11:31 Skomentuj komentarz


Etam. O tempora, o mores! - rozlega się od tysięcy lat. No i rzeczywiście, nie da się wykazać jakoś przekonująco, że świat NIE staje sie coraz gorszy, a jak kto chce, to zawsze znajdzie dużo argumentów na tak. Tylko co z tego wynika?..
A co do KiT-u - to jest inna konwencja. "Noce i dnie" imitowały życie, były jak fotografia, a "KiT" to kolaż, wycinanka, wyklejanka, zestaw skeczy bardziej.
Skomentuj notkę
23 stycznia 2004 (piątek), 11:34:34

Rozwiązywacze i eskalatorzy

Zauważyłem, że można ludzi podzielić na dwie grupy:

  • Eskalator problemów to człowiek, który realizując jakieś zadanie, natrafiając na problem zaczyna tym problemem żyć, rozdrapywać, rozpowiadać, angażować w problem coraz więcej innych osób, wskazywać sprzeczności, wady projektu, szukać winnych ...

    Oczywiście po chwili grzebania pojawiają się nowe problemy a nawet nowe pokłady problemów, którymi również należy zacząć żyć, rozdrapywać, rozpowiadać ...

  • Rozwiązywacz problemów po prostu z problemem się zmierzy, tak czy inaczej go rozwiąże, obejdzie, zakopie, zniszczy i pójdzie dalej. Rozwiązywacz jest tak bardzo skoncentrowany na celu, że problemy interesują go na tyle na ile przeszkadzają mu ten cel osiągnąć.

Ciekawą obserwacją jest to, że ...

  • rozwiązywacze częściej osiągają sukcesy  

za to ...

  • eskalatorzy są bliżej prawdy.

Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe: eskalator, rozwiązanie, problem, sukces, prawda


Komentarze: (1)

red/wl (pepegi.blog., January 25, 2004 11:27 Skomentuj komentarz


Tradycyjnie i z całym szacunkiem się nie zgadzam. Nie stwierdzam żadnej dodatniej korelacji między wgryzaniem się w problem a bliskością prawdy.

Gdyby każdy problem traktować tak wnikliwie, zamiast go pokonywać czy obchodzić, nie mielibyśmy wielu wynalazków i zasadniczych zmian spojrzenia człowieka na świat, które - było nie było - zmieniają drastycznie zakres problemów do rozważania/rozwiązywania. Trochę upraszczając - wiedzielibyśmy dokładnie, jak przebiega proces chodzenia, ale nie mielibyśmy pojazdów. Nie wspominając już o telekomunikacji ;-)

Ta ostatnia to kropelka w oceanie czynników problemotwórczych, a zauważmy ilu "ciekawych" problemów nastręcza...
Skomentuj notkę
24 stycznia 2004 (sobota), 14:36:36

Nowy Harry Ploter (do pieniędzy)

Usłyszane w radiu:

Nowy odcinek filmy Harry'ego Pottera ma kosztować ponad 250 mln$. Producent skomentował to tak: "Na ten film czekają miliony 10-latków na całym świecie. Przecież nie możemy ich zawieść!"

A ja sobie coś policzę:

  • 25 mln 10-latków po 5$ od łebka = 250 mln$,
  • do tego dodajmy: 25 mln 11-latków i jest kolejne 250 mln$,
  • .... 25 mln 12-latków,
  • troszkę rodziców, co to będą do kina szli z dzieciakami (bez :-) zniżki),
  • wpływy z DVD, VHS, emisji telewizyjnych,
  • wpływy z od tych co wykorzystują wizerunek w reklamach.

Jedno jest pewne. Inwestorów to pan producent na pewno nie zawiedzie. Tylko proszę nie wmawiać mi, że tu o dzieciaki chodzi.

I jeszcze jedna ważna rzecz: warto sobie przy okazji uświadomić ile to jest 250 mln$. To może nie być łatwe ale warto o tym pomyśleć.


Kategorie: obserwator, ekonomia, marketing, _blog


Słowa kluczowe: Harry Poter, ekonomia, biznes, moralność, media, marketing


Komentarze: (3)

jayin, January 25, 2004 12:26 Skomentuj komentarz


życie.
bez popytu nie ma podaży.

tylko ten przepływ kasy mógłby np. na moje konto iść... a co:-)

wings, January 25, 2004 11:32 Skomentuj komentarz


policzyłam... sporo kasy... ale przecież chodzi wyłącznie o dzieciaki... !!! o nic innego... !!! nikt nie chce wszak się bogacić tylko dziecią dawać radość.. !!! (haha)

believe-in-imaginati, January 24, 2004 15:45 Skomentuj komentarz


bedzie wmawail dalej
Skomentuj notkę
25 stycznia 2004 (niedziela), 20:49:49

Programować każdy może...

Programować każdy może, to znaczy, że mogę ja też. A więc chcąc sobie zrobić spis treści moich notek zagłębiłem się w XML-a, programowanie w PHP-ie, wyrażenia regularne... Myślę, że każdy, nawet niepraktykujący informatyk powinien raz na 5 lat, tak dla sportu rozwiązać jakiś fajny problem przy pomocy wyrażeń regularnych.

Efekty (okropne) można oglądać tu:

A kod, który to robi jest poniżej. Szkoda tylko, że nie robi tego co chciałem, czyli nie wyciąga mi spisów notek z archiwum. Ale tak to zawsze jest z projektami informatycznymi: założenia są jakieś a wychodzi coś innego, o czym przekonujemy się obserwując jak Softbank robi CEPIK.

Ale ja mam korzyści z tej zabawy: dowiedziałem się czegoś o XML-u, o parsowaniu, przypomniałem sobie PHP-a (od czasów stworzenia FIKI zapomniałem wiele), potrenowałem ereg_replace, liznąłem UTF-8 i Unicode... Trening mózgu zaliczony!

/******************************************************************

To prosty program, ktory pobiera pierwsza strone bloga z blog.pl
 
jako RSS w formacie XML i rozbiera ja na elementy pierwsze
korzystajac ze standardowego parseta dostepnego w PHP4.
 
Programowac kazdy moze !
 
Program w piekna styczniowa 2004 roku noc popelnil W34.

*******************************************************************/
 
 $ItemOn = 0;             // wskaznik, czy analizuje opis bloga czy notke
 $LinkOn = 0; $TitleOn = 0; $DateOn = 0; $DescriptionOn = 0;
 $SpisNotek1 = array();  // tablica, w ktorej skompletuje spis tresci
 $xSpisNotek1 = 0;       // indeks do budowania tablicy notek
 $TytulBloga = "";
 
 // najlepiej zrobic to tak aby nikomu nie wpadlo do 
 // glowy otwieranie /etc/shadow
 $blog = $_SERVER[QUERY_STRING]; 
 $file = "http://" . $blog . ".blog.pl/index.rss";
 wyswietl_tematy_notek ($file);
 
 function wyswietl_tematy_notek ($blog_rss_url) {
     global $SpisNotek1, $TytulBloga;
 
     # na poczatek parsowanie tego XML-a co sie go wczytuje
 
     $xml_parser = xml_parser_create ();
     xml_set_element_handler ($xml_parser, "startElement", "endElement");
     xml_set_character_data_handler ($xml_parser, "characterData");
 
     if (!($fp = fopen ($blog_rss_url, "r")))
         die ("cos ta strona w  XML nie chce sie otworzyc");
 
     while ($data = fread ($fp, 4096)) {
         if (!xml_parse ($xml_parser, $data, feof ($fp))) {
             die(sprintf("XML error: %s at line %d",
             xml_error_string (xml_get_error_code ($xml_parser)),
             xml_get_current_line_number ($xml_parser)));
         }
     }
 
     xml_parser_free ($xml_parser);
     # a teraz wyrzucenie spisu notek w jakims formacie
echo '<b>' . $TytulBloga . '</B></BR>';
foreach ($SpisNotek1 as $notka) {
echo '<P>';
echo '<a href="' . $notka [link] . '" target="nw">';
echo '' . $notka [title] . '</A>';
echo '<small>' . $notka [date] . '</small>';
# echo '' . $notka [description]; // cos to brzydko wyglada
# echo '<HR>'; } } # # funkja wolana przez parser w chwili, gdy znajdzie on emelemt otwierajacy # function startElement($parser, $name, $attrs) { global $LinkOn, $ItemOn, $TitleOn, $DateOn, $DescriptionOn; switch ($name) { case "ITEM" : // notki sa umieszczone w $ItemOn++; break; case "LINK" : $LinkOn++; break; case "TITLE" : $TitleOn++; break; case "DC:DATE" : $DateOn++; break; case "DESCRIPTION" : $DescriptionOn++; break; } } # # funkja wolana przez parser w chwili, gdy znajdzie on zamkniecie # function endElement($parser, $name) { global $LinkOn, $ItemOn, $TitleOn, $DateOn, $DescriptionOn; global $xSpisNotek1; switch ($name) { case "ITEM" : $ItemOn--; $xSpisNotek1++; break; case "LINK" : $LinkOn--; break; case "TITLE" : $TitleOn--; break; case "DC:DATE" : $DateOn--; break; case "DESCRIPTION" : $DescriptionOn--; break; } } # # funkcja wolana przez parser, gdy ma on dane zawarte w elemencie # function characterData ($parser, $data) { global $LinkOn, $ItemOn, $TitleOn, $DateOn, $DescriptionOn; global $SpisNotek1, $xSpisNotek1, $TytulBloga; if ($ItemOn){ if ($LinkOn) $SpisNotek1 [$xSpisNotek1] [link] = $data; if ($TitleOn) $SpisNotek1 [$xSpisNotek1] [title] = utf82iso88592 ($data); if ($DateOn) // na pewno mozna ta date potraktowac lepiej :-) $SpisNotek1 [$xSpisNotek1] [date] = substr ($data, 0, 10); # if ($DescriptionOn) // cos te konwersje tekstu nie dzialaja :-) # $SpisNotek1 [$xSpisNotek1] [description] = utf82iso88592 (html2text ($data)); } else if ($TitleOn) $TytulBloga = utf82iso88592 ($data); } ?>

Kategorie: informatyka, _blog


Słowa kluczowe: PHP, XML, parser, blog, programowanie


Komentarze: (2)

marekm, January 28, 2004 13:37 Skomentuj komentarz


> Programować każdy może, to znaczy, że mogę ja też.

No, teraz przynajmniej wiadomo dlaczego jordan przestal dzialac... ;)

> Myślę, że każdy, nawet niepraktykujący informatyk powinien raz na 5 lat, tak dla sportu rozwiązać jakiś fajny problem przy pomocy wyrażeń regularnych.

Nam na studiach kazali to robic na kartce - teraz zrozumialem dlaczego....

khan-goor, January 26, 2004 15:59 Skomentuj komentarz


0
Skomentuj notkę
26 stycznia 2004 (poniedziałek), 09:09:09

Jakim klientem (firmy HP) jestem.

Cytat z serwisu www.hp.com.pl, z działu dotyczącego serwisu iPAQ-ów:

 

Jakie są przyczyny nie oferowania (bezpłatnej) aktualizacji dla H1915?

H1915 jest skierowany do klienta indywidualnego, który zwraca uwagę na podstawową funkcjonalność i dobrą cenę produktu. HP nie oferuje aktualizacji na wszystkich platformach i we wszystkich wersjach językowych. Nasze aktualizacje są oferowane dla głównego nurtu produktów takich jak seria H5400.

I teraz znowu, dzięki HP dowiedziałem się kim jestem! Jestem klientem, który zwraca uwagę na podstawową funkcjonalność i dobrą cenę. I to prawda, ale co to ma tego, że HP nie oferuje upgradu do Windows Pocket PC 2003?

A przecież mogli napisać tak:

Jakie są przyczyny nie oferowania (bezpłatnej) aktualizacji dla H1915?

H1915 jest oferowany z tak małą marżą, że oferowanie aktualizacji za darmo spowodowało by stratę firmy HP. Na produktach H4500 mamy taką marże, że stać na na bezpłatne wsparcie klientów.

I wtedy wszystko było by jasne.


Kategorie: marketing, _blog


Słowa kluczowe: HP, jakość produktów, gwarancja, marketing


Komentarze: (1)

anonim, December 17, 2005 21:58 Skomentuj komentarz


nic
Skomentuj notkę
26 stycznia 2004 (poniedziałek), 09:16:16

Jednego serca

Adam Asnyk

Jednego serca

Jednego serca! Tak mało, tak mało,
Jednego serca trzeba mi na ziemi!
Co by przy moim miłością zadrżało,
A byłbym cichym pomiędzy cichemi.

Jednych ust trzeba! Skąd bym wieczność całą
Pił napój szczęścia ustami mojemi,
I oczu dwoje, gdzie bym patrzał śmiało
Widząc się świętym pomiędzy świętymi.

Jednego serca i rąk białych dwoje!
Co by mi oczy zasłoniły moje,
Bym zasnął słodko marząc o aniele,

Który mnie niesie w objęciach do nieba...
Jednego serca! Tak mało mi trzeba,
A jednak widzę, że żądam za wiele!

Luźne myśli:

Czasem można sobie pozwolić na bezmyślność i nic nie napisać.


Kategorie: poezja, to lubię, _blog


Słowa kluczowe: Adam Asnyk, Asnyk, Jednego serca, Niemen


Komentarze: (4)

believe-in-imaginati, January 28, 2004 23:30 Skomentuj komentarz


wiersz przemawia sam za siebie nie potrzebuje komentarza

anonim, December 16, 2006 12:19 Skomentuj komentarz


trafna uwaga! PIĘKNY WIERSZ- polecił mi go mój KOTEK, bym przeczytała- jestem zaskoczona jego romantyzmem(wiersza i KOTKA)

Lu, January 27, 2004 13:13 Skomentuj komentarz


hm...
mówiłam ten wiersz na konkursie recytatorskim =)

dobry jest :)

red/wl (pepegi.blog., January 26, 2004 13:33 Skomentuj komentarz


Czasem to nawet wskazane ;-)
Skomentuj notkę
27 stycznia 2004 (wtorek), 23:08:08

Co mi wolno.

Art. 54. ust. 1 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej

Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.


A więc wolno mi! Wolno mi tu pisać! Wolno mi, bo pozwalają mi na to słabo skodyfikowane prawa człowieka, pozwala mi na to Konstystucja RP i zapłacona firmie NetGate faktura, za prowadzenie konta W34 na serwerze blog.pl

Wolno mi do czasu aż nie naruszę jakiś innych praw (np. kk mówi coś o lżeniu (chyba par. 254)) albo nie wyrządzę komuś szkody (wtedy to chyba art. 484 kc), którą będę musiał naprawić.

Skoro więc mi wolno to dziś nic już więcej nie napiszę.


Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe: konstytucja, wolność, poglądy, tolerancja, wolność słowa, blog


Komentarze: (6)

believe-in-imaginati, January 28, 2004 23:33 Skomentuj komentarz


wolnosc jest mylącym
ograniczonym zjawiskiem
wyda ci sie ze jestes wolny
a tak naprawde *** ci wolno.
(mnie zresztą tez)
no!

ale do wyrazania wlasnego zdania sie nie doczepie.

dwajot, January 28, 2004 19:19 Skomentuj komentarz


jak to Kazik spiewał w Kulcie??

wolnosc po co wam wolnosc macie przeciez telewizje, eurowizje, filmy fantastyczne, wojny polityczne....

i takie tam

a poza tym:
dzieci wiedza lepiej.....

krisper, January 28, 2004 16:55 Skomentuj komentarz


czyli co? legalizujemy narkotyki, eutanazję, prostytucje i parę innych i będzie ok?

jayin, January 28, 2004 12:53 Skomentuj komentarz


tak to bywa. jak wolno - to się nie rwie nikt. a jak nie wolno - to odżywają anarchistyczne odruchy i wszyscy, hajda, do tego co niedozwolone.
aksjomat.

Żelazny, January 28, 2004 11:30 Skomentuj komentarz


Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść (czy jak to dosłownie św. Paweł powiedział)...

anonim, November 21, 2009 16:33 Skomentuj komentarz


Głupiś! Nie wolno ci, bo z całą pewnością nie poddałeś się rejestracji sądowej wydawnictw i czasopism a skoro twoje zapiski mają datę to czasopismami niewątpliwie są, a ty jesteś redaktorem naczelnym.

Możesz iść za to siedzieć jak nic wiec hamuj, chyba że chcesz sobie w pierdlu konstytucję czytać.
Skomentuj notkę
29 stycznia 2004 (czwartek), 17:29:29

Opis mojego stanu na dziś: "Psie smutki"

Wiersz:

Psie smutki

Jan Brzechwa

Na brzegu błękitnej rzeczki
Mieszkają małe smuteczki.
Ten pierwszy jest z tego powodu,
Że nie można wchodzić do ogrodu,
Drugi - że woda nie chce być sucha,
Trzeci - że mucha wleciała do ucha,
A jeszcze, że kot musi drapać,
Że kura nie daje się złapać,
Że nie można gryzć w nogę sąsiada
I że z nieba kiełbasa nie spada,
A ostatni smuteczek jest o to,
Że człowiek jedzie, a piesek musi biec piechotą.
Lecz wystarczy pieskowi dać mleczko
I już nie ma smuteczków nad rzeczką.

Myśli:

- już tyle razy pisałem o emocjach. Ale pisanie nic nie zmienia, bo racjonalizm z emocjami przegrywa.
- pozostaje więc zawołać: mleczka!

Dopisek (3 godziny później):
- zapomniałem umieścić link do notki Uczucia a wola z 10 lipca. Wtedy czułem, że gość ma rację. A dziś? Dziś też tak czuję ale przecież moje czucia nie mogą wyrokować o prawdziwości lub nieprawdziwości jakiejś teologicznej wypowiedzi. Należało by to zbadać, prześwietlić, wziąć na rozum, ale nie dziś, bo dziś rozum jest przywalony smuteczkami.
- mleczka!


Kategorie: poezja, to lubię, osobiste, _blog


Słowa kluczowe: Jan Brzechwa, Psie smutki, depresja, emocje, smutek


Komentarze: (2)

red/wl (pepegi.blog., January 30, 2004 11:08 Skomentuj komentarz


Myślicielu, wiaterek myśli nowych i jasnych przegoni chmury myśli starych i zapętlonych, czy może raczej - rozpętli je choć po części.
A ja myślę, że nad uczuciami nie chciałbym mieć pełnej władzy. Się narzeka na niedostatek tej władzy, ale odwrotnie byłoby nieludzko.
Powodzenia.

Żelazny, January 29, 2004 15:42 Skomentuj komentarz


Hmmmm... Fajnie, tylko, że to mleczko niejedno ma imię. Wielu moich uczniów ma pod dostatkiem "mleczka" (wypasione domy, samochody, kieszonkowe, jak moja pensja), a jednak smuteczki ich nie opuszczają.
Inni mają "mleczko" w lufce, szklance, kuflu...
Jeszcze inni żebrzą o łyk jakiegokolwiek "mleczka".
Moim "mleczkiem" jest wieczny pośpiech i brak czasu (i trochę się tego boję), ale co tam...
Ale czy o to chodzi?
Skomentuj notkę
30 stycznia 2004 (piątek), 11:20:20

Samotność

  1. Wczoraj przeczytałem wypowiedź jednej dziewczyny, która bardzo chciała by być samotna. Strona (jak to wiele stron na blog.pl) wyglądała lekko diabolicznie i to sprowokowało mnie do myślenia, czy czasem samotność i szataństwo nie ma ze sobą czegoś wspólnego.
  2. Ale najpierw o pozytywach samotności, bo takie są i to są na pewno. Na pewno w samotności można się wyciszyć, przestać biec, dobrze wyspać a potem zacząć myśleć (moim doświadczeniem jest, że aby się wyciszyć, przestać biec i dobrze wyspać potrzebuje trzech dni). Tak więc w samotności, jak ma się dużo czasu to można dużo spraw przemyśleć, poukładać, wyciągnąć znowu i znowu przemyśleć. Krowy leżąc na łące robią coś podobnego z trawą i łacińskie słowo na określenie tej krowiej czynności dało podstawę pod funkcjonujące pojęcie "kontemplacja", którą to w samotności dość dobrze się uprawia. W zasadzie oprócz samotności nie potrzeba do tego niczego więcej, choć (i tu znowu moje doświadczenie człowieka uzależnionego) Biblia, papier, pióro, iPAQ albo noterek (najlepiej z GPRS-em i całą twórczością na dysku) są wysoce przydatne. Mogę więc sformułować pewne twierdzenie:

    Samotność, jeżeli jest kontrolowana może być wielkim błogosławieństwem o ile błogosławieństwem jest czas, myślenie i modlitwa.

  3. Niestety, czasami samotność wymyka się z pod kontrolo. Łapie człowieka w sidła i trudno się jej pozbyć, gdyż aby nie być samotnym potrzebni są ludzie, inni ludzie, inni wolni ludzie i wolni na tyle by podjąć decyzję, że chcą z nami być, że chcą właśnie z nami tworzyć społeczność, która jest przeciwieństwem samotności. Sama fizyczna obecność nie wystarcza o czym przekonuję się często uprawiając swoją samotność na ławeczkach w zatłoczonym przejściu wielkiego centrum handlowego.

    Tak więc stan niesamotności (społeczność) jest stanem, w którym co najmniej dwie osoby podejmują decyzje o przebywaniu ze sobą razem.

  4. Przekleństwo samotności polega na tym, że nie można w niej uprawiać miłości. Miłość wymaga co najmniej dwóch osób, gdyż miłość można dawać (chcieć dawać drugiej osobie dobro) albo miłość można otrzymywać (otrzymywać od drugiej osoby dobro). Zawsze jednak jest potrzebna ta druga osoba więc zdanie, który zapisałem przed chwila należy zapisać raz jeszcze jako wniosek:

    Samotności uniemożliwia realizację miłości albo inaczej  miłości nie da się uprawiać samemu.

  5. Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo, jesteśmy więc kreatywni (Ky! - thx za środowe rozważania o kreowaniu dzieci) i jesteśmy też miłujący. Potrzebujemy kochać i potrzebujemy być kochani, bo tak po prostu jesteśmy stworzeni. Szatan, który to we wszystkim przeciwstawia się Bogu nie chcę aby te boskie cechy przejawiały się w ludziach więc podsuwa ludziom pomysły na życie, w którym przejawiać się nie będą. Samotność jest jednym z nich. On podsuwa a ludzie to łapią i (podobnie jak w Edenie) wydaje im się że jest to dobre.

    Mamy więc ludzi, którzy najpierw dążą do samotności a potem nie potrafią się z niej wyrwać; mamy  modne single - początkowo z wyboru, ale potem to już z konieczności, bo nawet jakby ktoś chciał z takim singlem coś stworzyć to niekoniecznie się on to tego tworzenia nadaje. Mamy zatomizowane społeczeństwo, które tworzy tłum osób bez wzajemnych relacji za to w dobrej relacji z telewizorem. Mamy samotność, która jest sidłem i to sidłem szatańskim.

  6. Ciekawa obserwacja: do tanga potrzeba dwojga a do społeczności (wspólnoty, niesamotności) co najmniej dwojga.
  7. Bóg jest miłością. Od zawsze kochał więc aby móc tą miłość realizować nie jest On jedną osobą ale co najmniej trzema (jak udowadnia w swej pracy "modele Boga" prof. Jacyna-Onyszkiewicz). Bóg więc nie jest sam w sobie samotny. Jako Bóg troisty nam się objawił ale co ważniejsze, objawił się On nam przez to, że jesteśmy podmiotami jego miłości, że jesteśmy przez niego kochani. Z tego rozważania mogę wyciągnąć tylko jeden wniosek: samotność nie może zniewolić człowieka do końca, gdyż Bóg jako ten drugi zawsze gotowy jest się pojawić aby być dawcą miłości. Jako biorcą może i też, ale nie przesadzajmy - w końcu co my, stworzenia możemy Stwórcy dać.

    Z sidła samotności można się więc wyrwać, ale musi zadziałać jeden warunek: człowiek musi chcieć wejść w relacje ze swoim Stwórcą a więc najpierw wypadało by w tego Stwórcę uwierzyć. Tak to jest, że do społeczności (co już pisałem) potrzebna jest decyzja co najmniej dwojga. Wiem, że Bóg szukając nas taką decyzje podjął.

  8. Słowniczek - FIKIczek:
    • Miłość - relacja między osobami zakładająca dla drugiej osoby dobro.
    • Dobro - stan rzeczy w których Bóg chce aby się one znajdowały.
    • Społeczność - związek co najmniej dwóch osób, które podjęły decyzje, że w takim związku trwają.
    • Kladystyka - sposób klasyfikacji organizmów żywych oparty tylko i wyłącznie na pokrewieństwie.
    • Bóg - osobowy absolut.
    • Topologia - dział matematyki zajmujący się badaniem własności przestrzeni topologicznych.
  9. Materiały pomocnicze:
  10. Dopisek: Rybka typu "bojownik" powinna być hodowana w samotności. Nie może wejść w relacje z inną rybką, bo nawet stworzenie jej takiej możliwości poprzez dokupienie i wpuszczenie do akwarium drugiej rybki powoduje, że relacja taka trwa będzie krótko - takie są bojowniki (hamany :-) jedne!).

    Ale moja obserwacja wykazuje, że bojownik czuje się znacznie lepiej gdy nie jest sam, gdy przez szybę akwarium obserwuje, że na zewnątrz coś się dzieje. Gdy nie mamy dla niego czasu to wygląda smutniej gdyż samotność bojownikowi szkodzi. Dziwne.


Kategorie: miłość, _blog


Słowa kluczowe: samotność, modlitwa, myślenie, błogosławieństwo, przekleństwo, społeczeństwo, miłość


Pliki


Komentarze: (8)

maynka, January 31, 2004 18:55 Skomentuj komentarz


czasem tak dobrze być samotnym... nikt nie krzywdzi słowami, gestami.
Samotność jest sposobem na życie, jest odmianą niezależności, samotność z wyboru może uszczęśliwić...

wings, January 31, 2004 10:15 Skomentuj komentarz


Nigdy nie byłam samotna w "pojedynke" ... ale przeżyłam "samotność we dwoje" to był koszmar... niemoc... brak sensu życia... otaczała mnie dziwna pustka... tak bardzo byliśmy od siebie daleko... to trwało 4 miesiące a wydawało mi się, że to cała wieczność... mam nadzieję, że już nigdy się to nie zdaży, może doświadczenie pomoże mi do tego nie dopuścić...

....a o ludzi samotnych trzeba się martwić... bo taki ktoś często jest zagubiony i nie daje rady w rzeczywistości !!!

S.M., August 1, 2008 22:40 Skomentuj komentarz


Jestem młodą mężatką. i mam pytanie? jak się udało Wam wyjść z tej samotności?. Ja właśnie zaczynam tę drogę, ale podejrzewam ,że nie wytrzymam 4 miesięcy

believe-in-imaginati, January 30, 2004 23:16 Skomentuj komentarz


i samotnym we dwoje takze mozna byc.
A to juz jest chyba najgorsze

linda, January 30, 2004 19:00 Skomentuj komentarz


Fajnie tu. Masz Qll noty, lubię noty z przemyśleniami...to czasem dużo daje...
Ths za wpis u mnie

^^^małolata^^^

dwajot, January 30, 2004 13:59 Skomentuj komentarz


mnie do pelni szczescia w samotnosci brakuje wyzbycia sie mojej czesci fizycznej...
wszystko byloby spoko gdyby nie te p@#$@#%%^& hormony, nałożony odgornie poped płciowy...

jako samotnik czuje sie mega dobrze...

Marzena, December 31, 2007 10:37 Skomentuj komentarz


Nie wyszło mi u góry:)
Przede wszystkim chciałabym stwierdzić, że samotność musi być ciągle aktywna. Nie można spędzać wiele czasu samotnie, gdyż wtedy człowiek za dużo myśli i popada często w różne uzależnienia. Spotkałam samotnego mężczyznę, który oprócz zawodu nauczyciela, jest również tancerzem, a także regularnie chodzi na basen, jeździ dużo rowerem...Jest to człowiek szczęśliwy. Czasami trudno takich szczęśliwych ludzi spotkać w małżeństwie.
Przede wszystkim człowiek samotny musi być przystanią dla innych. Co za tym idzie, musi spotykać się z ludźmi- tu nie ma innej możliwości, jak to pan napisał.
Na razie jestem samotna, nie wiem, czy Bóg kogoś dla mnie przygotował (i mnie dla kogoś), ale póki jestem w takim stanie, jestem szczęśliwa. Dużo czytam, dbam o siebie:), spotykam się z przyjaciółmi, no i uczę się, jako studentka.
Myślę, że dopiero wtedy, kiedy nie jesteśmy uzależnienie od kogoś, kiedy potrafimy samotnie funkcjonować, możemy w pełni stworzyć zdrowy związek.
Pozdrawiam.

Jestem, November 8, 2010 15:41 Skomentuj komentarz


Obudź się :) w samotności też można kochać, uprawiać miłość bez ograniczeń i konieczności przyzwolenia osoby, osób, które darzy się uczucień (oczywiście w wymiarze duchowym, a nie fizycznym) ale takie kochanie bez oczekiwania nieczego w zamian sprawia dużo satysfakcji i wystarcza żeby zapełnić lukę w sercu, która powstaje tam, gdzie u wszystkich innych są szczęśliwe - udane związki i rodziny. Wypróbowałam tą metodę na sobie. Mimo swoich 35 lat nie założyłam jeszcze rodziny, żyję samotnie i nie mam dzieci; co w mniemamiu moich bliskich jest równe określeniu "dziwaczka". A ja jestem całkiem normalna i poprostu nie spotkałam jeszcze tego właściwego człowieka na swojej drodze. Mimo tego krzywdzącego oceniania bardzo kocham moich bliskich :))) ty też pewnie potrafisz, tylko spróbuj ...
Skomentuj notkę
31 stycznia 2004 (sobota), 12:33:33

List o wierze

Niedawno napisałem tu list o miłości, a teraz publikuje list o wierze. Pewnie następny powinien być o list nadziei ale niestety, takiego jeszcze nie napisałem (może nie było do kogo).

 

From: w34@blog.pl
To: (...)
Sent: Saturday, January 10, 2004 4:56 PM
Subject: moja odpowiedź 

Witam

Napisałeś do mnie, przeczytałem i teraz zastanawiam się co Ci odpisać bo skoro szukasz u mnie recepty to ja muszę, na podstawie tego co napisałeś przeprowadzić dobrą diagnozę a może i przepisać receptę jednak czy załapiesz się na moje rady, to już tylko Twoja osobista decyzja.

 I co my tu mamy. Pozwól, że Cię zacytuje Twój list:

> (...) Zawsze bylem wierzacy, wlasciwie to źle
> powiedzine. Po prostu wiedzialem ze jest Bog,
> ze Jezus byl synem Boga... Wierzylem czy tez
> wiedzialem na swoj sposob, nie zawsze nauki kosciola
> katolickiego trafialy do mnie...

No - to jest pewien materiał do postawienia diagnozy. Ale napisałeś jeszcze:

> (...) Jednak ostatnio moja wiara czy tez wiedza oslabla...
> Otoz nagle wszystko stalo sie takie racjonalne,
> wszystko da sie wytluamczyc, policzyc... stworzenie
> swiata, czlowieka... Nagle w tej wizji swiata zabraklo
> miejsca w ktorym znajduje sie Bog... (...) w tak
> racjonalnym az do bolu swiecie wszystko mozna udowodnic...
> Objawienia, proroctwa... setki racjonalnych wyjasnien...

 

Przeczytałem, pomyślałem, i moja diagnoza jest taka: ta Twoja pierwsza wiara i druga niewiara toczą się tylko i wyłącznie na poziomie intelektualnym. Pasuje Ci, albo Ci nie pasuje: wierzysz że Bóg jest albo wierzysz, że go nie ma. Rozsądne jest to lub rozsądne jest tamto - zależy jakie argumenty masz za za jakie masz przeciw.

Wiesz co o tym myślę? Wszystko to jest jest elementem Twojego światopoglądu, który możesz być taki lub inny ale na Twoją relacje z Bogiem to nijak nie wpływa. Choć właściwie nie - wpływa w ten sposób, że będąc od Boga daleko jeszcze bardziej się od niego oddalasz, choć może lepszy byłby taki obraz: będąc daleko zamurowujesz drzwi, które przestają być Ci potrzebne, a którymi możesz do niego się dostać. Przedtem miałeś te drzwi otwarte, ale przez nie nie przechodziłeś. Wierzyłeś ale to też nie jest to o co chodzi w tym czymś Bogu.

A o co właściwie Bogu chodzi? Ano o to, żeby mieć z Tobą bliską relacje, aby pewne rzeczy robić razem, abyś w jakiś sposób się do niego ustosunkował a może nawet współpracował traktując go jak osobę, która ma swoją wolę, charakter, humory, plany a nie jak idee, która może jest i piękna ale jest martwa. Bóg po prostu chce abyś go traktował tak jak Stwórca powinien być traktowany. Jeżeli jednak tego nie robisz (bo np. nie chcesz) to nie musisz - wszak jesteś wolny. Traktowanie go z wiarą ale jako martwą idee i niewiara to praktycznie to samo. Niczym się nie różni niemodlenie od modlitwy bez gotowości działania z jego strony. Bóg chciałby aby po
modlitwie było oczekiwanie na jego działanie ale takie, jakie on chce co niekoniecznie będzie zgodne z tym co zamawiał modlący.

Spróbuję opisać jaśniej jeszcze tą różnice. Wyobraź sobie, że jesteś chłop żonaty i w pewnym momencie musicie się z żoną rozdzielić (siła wyższa), ona wyjeżdża daleko, nie ma telefonów, poczty, listów, paczek, wiadomości. Wyobraź sobie sytuacje lekko wojenną, albo (nie wiem ile masz lat i na ile to do Ciebie przemówi) ale np. w latach 50-tych, za Stalina ludzie znikali: przychodzili panowie z UB i człowiek przestawał istnieć. Może siedział w więzieniu, może był już na Syberii a może był już zabity - nie wiadomo. Może to właśnie była Twoja żona a Ty nie wiesz nic, przez rok, dwa, pięć, dziesięć. O tym że masz żonę wiesz tylko z pamięci, obrączki i świadectwa papierowego w szufladzie, zdjęć. Nie wiesz czy żyje, nie rozmawiacie, nie macie żadnej relacji poza tym, że "wierzycie" w swoje istnienie. To co się teraz wydarzyło w Twoim życiu to jest to, że zacząłeś żyć tak jakbyś żony nie miał. Zaczynasz sobie racjonalizować swoją pozycję (na pewno zginęła w podróży) i układasz sobie życie bez niej.

A przecież można inaczej: można (o ile można) ruszyć w podróż, zacząć szukać dlatego, że chcę się mieć z nią relacje. Można chcieć mieć relacje, chcieć rozmawiać, wymieniać myśli, dzielić uczucia, dotykać, razem przezywać troski i radości. Ale będą daleko można podjąć decyzje: chce być z nią (i poszukiwać) albo nie chcę z nią być i czego konsekwencją będzie niewiara, że można do niej powrócić, że powrót będzie dobry albo że w ogóle ona jeszcze żyje.

Z Bogiem jest właśnie tak: ON chce mieć z ludzi relacje i to relacje, której pewnym obrazem jest relacja małżeńska. On tego chce ale czy ludzie chcą? Ludzie po pierwsze wyjechali od Niego do dalekiego kraju i tam sobie siedzą (powiedzmy, jak góral co za chlebem pojechał do USA - góralu, czy ci nie żal?). Ludzie siedząc daleko zaczynają zachowywać się różnie: jedni to racjonalizują i uważają, że są już samotni i przez to wolni, inni tęsknią i gotują się do powrotu, do szukania drogi. Ale zwróć uwagę bo to jest ważne - decyzja należy do nich?

A jaka jest Twoja decyzja? Bóg chce mieć z Tobą bliską relacje ale czy Ty też ich chcesz? I olej teraz te wszystkie intelektualne wykręty, że stworzenie świata, że ewolucja, że wielki wybuch, że tylko materia albo inne nowoczesne badana, które próbują dowieść, że Bóg jest albo Boga nie ma. To nie ma znaczenia dla Twojej decyzji, którą muszi podjąć sam: czy chcesz mieć z NIM relacje?

 

Z Bogiem jest jeszcze tak, że On w swej doskonałej (tylko się teraz nie śmiej) miłości daje na totalną wolność. Nie chcesz - proszę bardzo, jesteś wolny, ale jeżeli chcesz to Bóg czeka, jak tylko wykonasz krok w jego kierunku to On od razu na Ciebie zwróci uwagę, też się przybliży. Obiecał przecież, że szukającemu da się znaleźć. Ale czy Ty jesteś szukającym go?

Moje osobiste świadectwo mówi tak: jak Ty zaczniesz go szukać to On cię znajdzie. A wierz mi, te wszystkie te racjonalne rzeczy co je można wytłumaczyć bez Niego z Nim tłumaczą się dużo, dużo lepiej. Ja jestem umysł ścisły: elektronik, trochę fizyk, trochę historyk i zapewniam Cię, że koncepcje biblijne zastosowane do świata wymagają znacznie mniej wiary niż koncepcje ewolucjonistów. Wiem, bo sprawdzałem. Wiem, bo czytałem. Wiem, bo wiem jakiej argumentacji używają naukowcy aby udowadniać materializm i wiem, że przyczyną ich oszustw (a ewolucjonistów na tym ostatnio często łapano) jest kwestia moralna a nie naukowa. Ale zostawmy naukę - ważne pytanie jest, czy chcesz mieć z Bogiem bliską relacje. Czy chcesz z nim rozmawiać, chcesz z nim współpracować, chcesz z nim przebywać, czy chcesz mówić innym jak to dobrze jest BYĆ z Bogiem. Czy chcesz wejść z nim w relacje przypominającą nieco małżeństwo.

Jeżeli nie - sprawa jest jasna. Nic nie musisz robić. Szatan (w którego istnienie ja osobiście wierzę) pomoże Ci zamknąć wszystkie drzwi dając do tego dobre, jeżeli chcesz to nawet naukowe argumenty. Zamkniesz drzwi, spalisz mosty, pogubisz mapy a nawet zapomnisz, że można było gdzieś iść, kogoś szukać, kogoś mieć. Zamiast tego dostaniesz zabawki, świecidełka, zamiast żony dmuchaną lalkę, zamiast miłości seks z prostytutką, zamiast zachwytu nad światem hałas i kolorowe światła dyskoteki. I jakoś to będzie, żyć nie umierać ... choć pewnie kiedyś będzie trzeba umrzeć.

 

Jeżeli jednak twoja odpowiedź brzmi "tak" to musisz wykonać pierwszy krok. Z nawróceniem (bo o nawróceniu będziemy rozmawiać) jest dokładnie tak samo jak z małżeństwem: możesz (#1) intelektualnie do tego podejść i wyracjonalizować sobie, że to dobra dziewczyna, wspaniała kandydatka na żonę, świetny charakter, dobrze gotuje, szmalowna rodzina, że będzie super. Ale takie wyracjonalizowanie (np. wierze intelektualnie, że Bóg istnienie) nie stworzy Twojej relacji z Nim. Wiedza, że dziewczyna jest super nie tworzy małżeństwa. Wiara w Boga nie czyni z Ciebie człowieka wierzącego. Przecież - jak sam piszesz - to już przerabiałeś.

Możesz też (#2) spotkać jakąś inną super dziewczynę, zakochać się i przeżywać z nią zachwyty, uniesienia, och i ach a nawet ech i co? .... i nic, bo to ciągle nie czyni z Was małżeństwa, nie powoduje, że jesteście jedno. Emocje to fajna rzecz ale to za mało. Podobnie z Bogiem. Emocjonalne podejście do Boga zrobi z Ciebie fanatyka lub dewotę.

Ale możesz (#3) podjąć decyzje i tak jak w małżeństwie stanąć i powiedzieć tej drugiej osobie: "TAK, chcę być z TOBĄ i chcę tak do końca, bo taka jest moja decyzja, taka jest moja wola". To właśnie jest przysięga małżeńska i taką przysięgę możesz złożyć również i Bogu, tak po prostu ją wypowiadając mówiąc w kierunku nieba (niebo :-) to to na górze).

Zapewniam Cię, że te dwa pierwsze elementy, tzn. (#1) intelektualne stwierdzenie, że jest to dla Ciebie dobre oraz (#2) emocjonalne dopasowanie i uprzyjemnienie na pewno nastąpią bo Bóg to fakt, to rzeczywistość, to Stwórca, który Ciebie stworzył, On to wszystko ruszył a nie, że stworzyło się samo, nie wzięło się z niczego. On to stworzył i On najlepiej wie najlepiej jak to wszystko działa. Emocjonalnie (#2) też Ci wszystko zadziała bo ON jest MIŁOŚCIĄ wiec chce dla Ciebie dobrze nie tylko tu na ziemie ale i na zawsze (ale strzeliłem tu niezłe określenie czasoprzestrzeni. Dobre. Prawie jak w wojskowym kawale: "Kowalski. Macie sprzątać plac od tego drzewa aż do kolacji".).

Tak wiec do Ciebie należy odpowiedz na pytanie: czy chcesz? Do Ciebie należy podjęcie decyzji a potem zrobienie kroku i krzyknięcie do Boga: "Panie Boże, tu jestem, chcę się z Tobą zaprzyjaźnić, chcę Cię poznać, chcę żyć bliżej Ciebie a najlepiej w Tobie boś Ty jest Bogiem, Tyś jest moim Stwórcą, Amen ('Amen' nie tłumaczy się na 'Enter' :-) ale na 'niech się stanie')". To jest moja recepta dla Ciebie.

Próbujesz?

W34


Kategorie: listy, światopogląd, _blog


Słowa kluczowe: wiara, światopogląd, Bóg, ateizm, teizm, racjonalizm


Komentarze: (3)

beliw, November 15, 2004 19:10 Skomentuj komentarz


ja sprobowałam i to byla najwazniejsza decyzja i najtrafniejsza,bo dopiero z Nim zaczelam podejmowac trafne decyzje.

krisper, February 4, 2004 18:42 Skomentuj komentarz


Jak tak się zastanowić to "Amen" i "Enter" to to samo, choć "Amen" jest może nieco bardziej życzeniowy, a "Enter" bardziej sprawczy;-)

okularnica, February 1, 2004 10:11 Skomentuj komentarz


Dziękuję.
Skomentuj notkę

Disclaimers :-) bo w stopce coś wyglądającego mądrze można napisać. Wszystkie powyższe notatki są moim © wymysłem i jako takie związane są ze mną. Ale są też materiały obce, które tu przechowuję lub cytuje ze względu na ich dobrą jakość, na inspiracje, bądź ilustracje prezentowanego lub omawianego tematu. Jeżeli coś narusza czyjeś prawa - proszę o sygnał abym mógł czym prędzej naprawić błąd i naruszeń zaniechać.