Notki z roku 2006 i miesiaca numer 4


3 kwietnia 2006 (poniedziałek), 19:19:19

zabawy w ramki

Strona do ćwiczeń HTMLa, ramek, CSSów.


Luźne przemyślenia
*

opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli,opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli, opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli,

opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli, opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli, opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli, opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,przemyślenia to zbiór spisanych przeze mnie notatek, myśli, opracowań, artykułów, przemyśleń; to zaobserwowane obserwacje,

*

5 kwietnia 2006 (środa), 23:00:00

Ziemkiewicz o Gazecie Wyborczej

Jeszcze raz wracam do tytułu:

Polactwo

Rafał A. Ziemkiewicz

wydawnictwo: Fabryka Słów, Sierpień 2004
ISBN: 83-89011-41-7
liczba stron: 380
wymiary: 145 x 207 mm
okładka: miękka
cena: pożyczona od Alka więc nie wiem.

... i wynotowuje taki oto kawałek:

… polski inteligent jest wyjątkowym konformistą. Owszem, uwielbia mieć własne zdanie, ale pod warunkiem, że jest to zdanie podzielanie przez wszystkich innych. Z przejęciem powtarza więc obiegowe banały i nawet nie przyjdzie mu do głowy, aby zadać jakieś pytanie. Uwielbia chodzić w nogę, być w masie, po słusznej stronie i śpiewać w chórze. Wielkie sukcesy „Gazety Wyborczej” mają swe źródło, poza oczywiście jej niewątpliwymi profesjonalizmem, w tym, że umiała pełnić rolę codziennego podręcznika dla inteligenta, co mówić, co myśleć i przed wszystkim, co stanowczo odrzucać, aby nikt nie mógł ci zarzucić, że nie jesteś inteligentem. W końcu stał za tą gazetą kwiat polskich intelektualistów, uwiarygodniali ją profesorowie i nobliści, a ludzie o wielkich, sławnych nazwiskach, którzy mieli ochotę podejmować z nią spór, przez długi czas w ogóle nie mieli tego gdzie zrobić.

Naprawdę niezłe. Coraz bardziej podoba mi się ta książka - analiza jest super, recepty niestety już nie ma bo recepty metodami zaproponowanymi przez autora wymyślić nie sposób. Ale recepta jest...


Kategorie: to czytam, _blog


Słowa kluczowe: Polska, Rafał Ziemkiewicz


Komentarze: (1)

anonim, February 6, 2011 09:06 Skomentuj komentarz


Trzecia Rzeczpospolita kłamstwem stoi
Rafał A. Ziemkiewicz 16-10-2010, ostatnia aktualizacja 16-10-2010 00:01

Żyjemy w kraju, w którym manipulowanie masami niezauważalnie stało się akceptowanym przez elity mechanizmem politycznym. Tak samo, jak miało to miejsce za czasów komunistycznych.

autor: Janusz Kapusta
źródło: Rzeczpospolita
+zobacz więcej
Ludzie honoru przez „ch”
Przez dwa dni wpływowe całodobowe media żyły spazmem oburzenia na wypowiedź lidera opozycji: „prawdziwi Polacy wrócą jeszcze do władzy”. Ponieważ w znacznej części środowisk opiniotwórczych określenie „prawdziwy Polak” budzi traumatyczne skojarzenia, powszechne oburzenie udało się jeszcze lepiej niż zwykle, w większym niż wcześniej stopniu, bazując na przyrównywaniu Jarosława Kaczyńskiego do Hitlera, a PiS do NSDAP.

Liczne zorkiestrowane w kampanii wypowiedzi sugerowały na różne sposoby tę samą, od dawna upowszechnianą przez wspomniane media, tezę: prawicowa opozycja jest zagrożeniem dla demokracji i wolności, wobec czego wszelkie słabości obecnej władzy trzeba cierpliwie znieść i rozgrzeszyć, a wszelkie działania mające na celu niedopuszczenie do powrotu PiS, choćby nawet w drodze zwycięstwa w demokratycznych wyborach, należy uznać za z góry usprawiedliwione.
Słowa inne, komentarz został
Potem okazało się, że wypowiedź, która wywołała tak ostre w tonie komentarze, została zmyślona. Pod warszawskim Pałacem Namiestnikowskim ani nigdzie indziej Kaczyński nie mówił nic o „prawdziwych Polakach” i w ogóle nigdy tego obciążonego złymi skojarzeniami określenia nie użył. Widzowie, słuchacze i czytelnicy związani emocjonalnie z przekazem mediów establishmentu mogli się o tym dowiedzieć ze zwięzłych, suchych sprostowań na internetowej stronie TVN i w gazetach. Jednak sprostowania owe padły niejako mimochodem, w tle nadal postępującego ataku.
Jak w czasach PRL artykuły wstępne „Trybuny Ludu”, tak dziś nadają ton komentarze „Gazety Wyborczej”: wprawdzie trzeba ubolewać, że koledzy z TVN nieopatrznie dali swą pomyłką asumpt do pisowskich oskarżeń, ale prawdziwą zgrozą nie jest bynajmniej „wywołany złą jakością nagrania” błąd „Faktów”, prawdziwie oburzające jest zachowanie „pisowskich” Wiadomości TVP, które nie zauważają, że Jarosław Kaczyński wyprowadza zwolenników na ulicę, bagatelizują tworzone tym zagrożenie dla demokracji, i na dodatek wykorzystują sprawę, by atakować konkurencję (bo, co ciekawe, „opluwanie konkurencji” nagle zaczęło napawać „Gazetę Wyborczą” odrazą).
W świecie mediów zdarzają się oczywiście od lat rozmaite pomyłki, a w dobie informacyjnego zagęszczenia, całodobowych programów i wyścigu do „niusa” zdarza się, że oczywista nieprawda, zanim zostanie sprostowana, zaczyna żyć własnym życiem. Jednak sposób, w jaki prorządowe media wywiązują się z ustawowego obowiązku sprostowania, tak aby przyznając, że fakt, na którym zbudowały swe teorie, nie miał miejsca, bynajmniej nie wycofywać się z komentarzy, ale znaleźć dla nich inne uzasadnienia (no dobrze, może Kaczyński nie powiedział „prawdziwi Polacy”, ale wyprowadza swoich zwolenników na ulicę, na dodatek z pochodniami, a więc ostrzeżenia przed faszyzmem pozostają zasadne) każe postawić tezę, iż mieliśmy do czynienia nie z błędem, ale z na zimno, cynicznie użytym propagandowym kłamstwem.
Za taką tezą przemawia fakt, który musi potwierdzić każdy uważny obserwator mediów: że jakkolwiek poniżanie opozycji i jej lidera insynuowanym podobieństwem do hitlerowców oraz demonizowanie jako rzekomego zagrożenia dla demokratycznego porządku i wolności obywatelskich nie jest w związanych z obozem władzy mediach niczym nowym, to propaganda ta niezwykle przybrała na sile po programowej wypowiedzi Donalda Tuska na konwencji Platformy Obywatelskiej, że Polacy wybaczą Platformie wszystko, złe rządy, popełnione błędy, brak reform, pomyłki kadrowe, nie wybaczą tylko jednego: przegranej i oddania władzy opozycji. Trudno odczytywać to inaczej niż jako zapowiedź „władzy raz zdobytej partia nie odda już nigdy” i usprawiedliwienie z góry wszelkich środków, jakie dla osiągnięcia tego celu mogą zostać użyte.
Trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie: sposób, w jaki realizują tę wytyczną wspierające Platformę w niszczeniu prawicowej opozycji media, przypomina łudząco propagandowe ofensywy, jakie w krajach za naszą wschodnią granicą poprzedzały i towarzyszyły fałszowaniu przez władzę wyborów i niszczeniu opozycyjnych mediów.
„To koszmar. Wkroczyliśmy w świecie polityki, w świecie mediów, w etap wojny totalnej, w którym wszystkie środki są dozwolone. Jeśli się nie opamiętamy, to zniszczymy wszystkie wartości, wszystkie autorytety, prawdę i całe życie publiczne w Polsce” – skomentował o. Maciej Zięba, sam niedawno strącony przez wspomnianą gazetę z piedestału „autorytetu”, mimo licznych usług, które wcześniej, świadomie lub nie, oddał „polityce historycznej” prowadzonej przez jej środowisko. Również ta egzekucja przypominała czasy „realnego socjalizmu” – nieudany koncert, który był jej formalną przyczyną, przez kilka pierwszych dni nie był krytykowany. Zapadła w sprawie ECS cisza, dokładnie tak, jak to się działo w PRL, gdy w redakcjach czekano, aż wyklaruje się i zostanie ogłoszona „nowa linia”. Dopiero gdy decyzja o usunięciu Zięby zapadła i została upubliczniona – z dnia na dzień okazało się, że on już od wielu lat zupełnie sobie nie radzi z kierowaniem powierzoną mu instytucją, że już od dawna nie panuje nad jej finansami, toleruje marnotrawstwo i nadużycia, a na dodatek wszyscy wiedzą, że jest alkoholikiem.
Kłamstwa założycielskie
Stawiam tezę o cynicznym, świadomym posłużeniu się kłamstwem także dlatego, iż właśnie cyniczne propagandowe kłamstwo jest stałą praktyką mediów, które w III RP przyjęło się nazywać czołowymi, a których główną od zarania wytyczną jest afirmacja III RP jako owocu „mądrego kompromisu” między światłą częścią komunistycznej nomenklatury i odpowiedzialną częścią opozycji oraz bezustanne ostrzeżenie i obrona przed zagrożeniem dla demokracji i modernizacji Polski upatrywanym ze strony różnie nazywanego prawicowego ciemnogrodu, czyli Kościoła i sił odwołujących się do polskiej tradycji i patriotyzmu, w przekazie wspomnianych mediów utożsamianych z „tradycją endecką”. Ta z kolei utożsamiana jest z faszyzmem, antysemityzmem i wszelkiego rodzaju złem.
Przewodząca temu obozowi „Gazeta Wyborcza” sięgnęła po kłamstwo jako metodę walki politycznej bardzo szybko, właściwie już u zarania III RP, choć z początku czyniła to tylko w chwilach szczególnego politycznego napięcia i uczciwi przedstawiciele jej orientacji politycznej mogli takie incydenty bagatelizować jako zwykłe wypadki spowodowane nadmiarem dobrych chęci. Modelowym przykładem pozostaje propagandowe przygotowanie do odwołania rządu Jana Olszewskiego, jakim był artykuł „Wielkie łowy MSW”, alarmujący o rzekomo przygotowywanej przez ministra Macierewicza niezwykle surowej ustawie dekomunizacyjnej, która, zdaniem gazety, miała dać narzędzia prawne do całkowitego stłumienia działalności publicznej nieakceptowanej przez prawicowy rząd.
W istocie rzekomy tajny projekt MSW, jak go przedstawiła gazeta, był autorskim projektem zapomnianego dziś senatora „Solidarności”, rozkolportowanym przez niego samego wśród dziennikarzy. Fakt, iż senator upublicznił swój projekt w środowisku już kilka miesięcy wcześniej, nie pozwala wierzyć, by „Wyborcza” padła ofiarą jakiejś pomyłki i nie wiedziała, że jej przestrogi – mówiąc żargonem procesów o zniesławienie – „nie polegają na prawdzie”. Ale w rzeczywistości medialnej 1992 roku nie było żadnej możliwości dotarcia do Polaków ze sprostowaniem tego, co ogłaszała „Wyborcza”, a nagłośniły kontrolowane przez jej obóz polityczny media publiczne i prywatne.
Gazeta, która uważa się za spadkobiercę etosu „Solidarności” – ruchu, u którego podstawy legła niezgoda na peerelowskie zakłamanie życia publicznego – wielokrotnie sięgała po kłamstwo dla wpływania na decyzje personalne. Tak na przykład było, gdy storpedowała dopinane porozumienie wyborcze Platformy Obywatelskiej z Unią Polityki Realnej, w ramach którego na wspólnej liście kandydatów znaleźć się miał Stanisław Michalkiewicz. „Gazeta” przestrzegła wtedy przed antysemitą na listach PO, posługując się przypisaną Michalkiewiczowi wypowiedzią: „podatki w dół i portki w dół, żeby było wiadomo, kto jest kto”.
Takich słów Michalkiewicz nigdy nie wypowiedział, o czym „Wyborcza” doskonale wiedziała, zostały mu one mylnie przypisane przez „Rzeczpospolitą”, która natychmiast potem publicznie sprostowała omyłkę i przeprosiła zainteresowanego. Mimo to „Wyborcza” wielokrotnie powoływała się potem na cytat z „Rzeczpospolitej”, w postępowaniu sądowym wytoczonym przez zainteresowanego, argumentując cynicznie (ale skutecznie), że prawo narzuca obowiązek sprostowania fałszywej informacji tylko temu medium, które popełniło omyłkę, nic natomiast nie wspomina, by obowiązek taki miała gazeta, która fałszywą informację cytowała. W kontekście sprawy „prawdziwych Polaków” warto sobie ten precedens i tę argumentację prawną przypomnieć.
Niby mamy wolną Polskę, a nie wiedzieć czemurzygać chce się, rzygać chce się,tak jak w Peerelu
Jan Pietrzak
Zostawmy na boku wykorzystywanie dla mechanizmu propagandowych kłamstw przez wspomnianą gazetę prawa i sądów świadczące o całkowitym zaniku przyzwoitości tego środowiska i braku jakichkolwiek zahamowań w obłudnym wykorzystywaniu kruczków proceduralnych i prawnych; to temat wart osobnego artykułu. Z licznych przykładów świadczących o kompletnym odrzuceniu przez salon norm etyki, nie tylko dziennikarskiej, wskażmy jeszcze dwa, stosunkowo nowe, a przy tym bardzo dobitnie pokazujące definitywne rozstanie się środowiska Adama Michnika, i jego samego, z uczciwością.
Palec Orwella
Pierwszy to wyszczucie z radiowej Trójki „pisowskiego” dyrektora Jacka Sobali. Nie wnikając w spory pomiędzy nim a częścią zespołu, nie one były przyczyną odwołania Sobali ze stanowiska, lecz rzekomy udział w „pisowskim wiecu wyborczym”. Udział, o którym poinformowała „Gazeta Wyborcza”, jednocześnie pozyskując pełne oburzenia opinie autorytetów, że udział szefa publicznego medium w partyjnym wiecu stanowi karygodne złamanie obowiązujących norm bezstronności i obiektywizmu. Argumentację tę podzieliła rada nadzorcza, ze skutkiem już wspomnianym.
W istocie Jacek Sobala pojawił się nie na partyjnym wiecu, ale na koncercie ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej zorganizowanym przez „Gazetę Polską”. A jego słowa „uwierzmy, że Polska może być nasza” znaczyć miały – czego jednoznacznie dowodzi cała wypowiedź, z której dla manipulacji zostały zręcznie wyjęte – że Polska może należeć do swoich obywateli, a nie polityków czy partii.
Przykład drugi wybieram, ponieważ pokazuje on determinację w kłamstwie wyjątkowo już bezczelnym i bezwstydnym. Idzie o podtrzymanie przez autorkę „Wyborczej” Katarzynę Wiśniewską „niepolegającego na prawdzie” oskarżenia Andrzeja Wajdy, jakoby „biskup rzeszowski” twierdził publicznie, że skoro już ten samolot musiał spaść, to szkoda, że nie spadł w środę, 7 kwietnia, kiedy leciał nim premier Tusk.
Usłużna dziennikarka „Wyborczej” idzie Wajdzie w sukurs, upierając się, że choć wprawdzie nie biskup, tylko pewien ksiądz, ale powiedział tak w kazaniu naprawdę. I jako „dowód” zamieszcza link do kilkunastominutowego nagrania oraz wybrany z niego cytat: „To mogło się zdarzyć w środę, a zdarzyło się w niedzielę (…) To była ta elita”. Dodajmy, że w owym nawiasie z wielokropkiem mieszczą się cztery zdania nawiązujące do tekstu biblijnego, który ewentualnemu słuchaczowi erudycie jednoznacznie wyjaśnia sens wywodu w duchu „nie znacie dnia ani godziny”.
Jest to zupełne już, mówiąc Korwinem, „rżnięcie głupa”. Nawet tak zmanipulowany cytat nijak się ma do insynuowanych słów „szkoda, że ten samolot nie spadł we środę”. Nie sposób ich też znaleźć w żadnym innym miejscu nagrania, choćby przesłuchiwać je stukrotnie. Mimo to gazeta się upiera, że Wajda powiedział prawdę, w przekonaniu, iż nad pranymi od dwóch dekad umysłami swych wyznawców panuje tak doskonale, że jeśli, jak w „1984” Orwella, pokaże im dwa palce i powie: widzicie JEDEN palec, to rzeczywiście, zobaczą oni jeden.
Faktoid podszyty autorytetem
Wystarczy zajrzeć do Internetu, by się upewnić, że to przekonanie jest uzasadnione. „Narracja” o pisowskim księdzu, który w kazaniu żałował, że to nie Tusk zginął w katastrofie, żyje tam w najlepsze, przywoływana w licznych wypowiedziach; odwołania do niej, zwykle świadomie formułowane aluzyjnie, aby uniknąć ewentualnych sprostowań, powracają w rozmaitych filipikach splecionych w kampanię „choćby to była najgorsza władza, musi rządzić, bo chroni nas przed nawrotem faszyzmu”. Jest to więc klasyczny „faktoid”, podobnie jak – przykład już podręcznikowy – wyssana z palca przez libańską gazetę związaną z Hezbollahem, nazajutrz po zamachu na WTC, sensacja o 4 tysiącach Żydów, którzy tego dnia nie przyszli do pracy, najwyraźniej przez kogoś uprzedzeni.
Właśnie w celowym posługiwaniu się mechanizmem „faktoidu” (Bronisław Geremek usankcjonował to kiedyś, sugerując, że „fakt prasowy” to też pewnego rodzaju fakt i powinien być brany pod uwagę) tkwi istota sprawy. Mniejsza tu o „Gazetę Wyborczą”. Chodzi o uświadomienie sobie faktu, że żyjemy w kraju, w którym manipulowanie masami niezauważalnie stało się akceptowanym przez elity mechanizmem politycznym. Tak samo, jak miało to miejsce za czasów komunistycznych.
Media komunistyczne nie zawsze przecież kłamały, nie czyniły tego dla zasady; jeśli do propagandy pasował jakiś fakt przypadkiem prawdziwy, podawały prawdę. Informacja, że różne służby interesowały się w latach 2005 – 2007 billingami różnych dziennikarzy, pod naciąganymi pretekstami i w mocno podejrzanych intencjach, nie jest fałszywa. Ale wydobycie z zapomnienia tych wątpliwości, badanych i już dawno umorzonych przez prokuraturę, na pierwszą stronę, z wyeksponowaniem roli CBA, w sytuacji, gdy nie zaszły żadne nowe fakty, dla człowieka zaznajomionego z mediami ma sens oczywisty. Owszem, nie zaszły żadne nowe fakty, które by czyniły zapomniane billingi „gorącym niusem” – ale za to zbliża się długo oczekiwane przesłuchanie Zbigniewa Ziobry przez sejmową komisję, od trzech lat bezskutecznie szukającą na niego jakiegokolwiek haka. Mamy tu typową propagandową orkiestrę, w której organizuje się „wydarzenia” – np. zapowiedź złożenia przez inwigilowanych dziennikarzy wniosku do prokuratury – tylko po to, aby o nich trąbić.
A równolegle do działań medialnych następują działania polityczne, takie jak na przykład poddanie sprawy pod ocenę sejmowej komisji… Tu zresztą organizatorzy przegięli, bo nawet owa komisja, złożona z tak „propisowskich” osób, jak pp. Bondaryk, Wojtunik i Jacek Cichocki czy minister Jerzy Miller, uznać musiała, że prawa nie naruszono; ale zawsze można jej orzeczenie ukryć między histerycznymi oskarżeniami i opiniami „autorytetów”. W podobny sposób splotły się działania władz i mediów w sprawie dopalaczy, kiedy to ofensywę rządu przygotowano serią doniesień o przypadkach zatrucia, a nawet śmierci po ich zażyciu, które – jak się okazuje po czasie – jedno po drugim „nie polega na prawdzie”.
Koordynacja mediów z władzą
Jak małe znaczenie mają w szumie informacyjnym fakty, dowodzą przypadki takich filmów, jak „Trzech kumpli” czy „Towarzysz generał”. Widać tu jaskrawo, że fakty ogólnie znane nie wpływają na rzeczywistość, dopóki nie zostaną w sposób emocjonalny, przez telewizję, przekazane milionom. Dlatego zwięzłe zebranie ogólnie dostępnej wiedzy o Jaruzelskim albo oddanie głosu prostym Polakom spod krzyża bez opatrzenia ich neutralizującym komentarzem „autorytetów” wywołało w elitach III RP szał wściekłości, dlatego TVN schował pod sukno film o Wałęsie potwierdzający prawdę znaną z ustaleń Cenckiewicza i Gontarczyka, i dlatego lewica w pośpiechu produkuje na wybory film sugerujący – jeśli wierzyć doniesieniom mediów – że Barbara Blida została zamordowana przez ABW (co, nawiasem mówiąc, kłóci się diametralnie z dotychczasowymi staraniami komisji Kalisza, od trzech lat mozolnie kolekcjonującej przesłanki, że służby specjalne i ich polityczni dysponenci po samobójstwie Blidy wpadli w panikę).
Najnowsze przypadki produkowania „szumu informacyjnego”, w którym brak merytorycznego przekazu idzie w parze z warunkowaniem reakcji emocjonalnych poddanych manipulacji odbiorców, są warte odnotowania jako przekroczenie pewnej granicy. Ani otwarte kłamstwo, ani manipulowanie emocjami dla politycznych celów, ani cynizm i obłuda w niszczeniu ideowego przeciwnika wszystkimi możliwymi metodami nie są dla mediów III RP nowością. Nowością jest natomiast tak nieskrywane skoordynowanie działań formalnie niezależnych prywatnych mediów z posunięciami politycznymi. O ile w sprawie nagonki na Sobalę czy, wcześniej, Wildsteina można zakładać, że były to samodzielne inicjatywy michnikowszczyzny, realizujące jej ambicję personalnego „meblowania” wszystkich mediów w Polsce, o tyle teraz mamy już do czynienia z operacją przeprowadzaną przez władzę, w której propaganda jest tylko istotną częścią. Zresztą zaczątki takiej koordynacji działań rządu i „niezależnych” mediów obserwowaliśmy już podczas tego, co Wildstein określił „operacją Wałęsa”.
Wróciliśmy więc wyraźnie w koleiny peerelowskie. Wpływowe media godzą się z rolą narzędzia sprawowania władzy i z tym, ze kłamstwo jest po prostu częścią ich pracy, nie gorszą od innych, jeśli tylko jest zręczne i skuteczne. Jest to część ogólnego zdeprawowania projektu III RP, który cynicznym kłamstwem posługuje się dziś na wszystkich właściwie piętrach, nie tylko dla polityki bieżącej i tuszowania niewydolności ekonomicznej, ale także dla budowania swego „mitu założycielskiego” – co jest tematem godnym osobnego, obszernego szkicu.
Jakże daleko jesteśmy dziś od nadziei sprzed 20 lat, od ducha „Solidarności”, dla którego, powtórzmy, wartością konstytuującą i jednym z głównych impulsów do walki z komunizmem był właśnie sprzeciw wobec wszechogarniającego zakłamania władzy, mediów i stojącego za nimi partyjnego establishmentu.
Rzeczpospolita
Skomentuj notkę
9 kwietnia 2006 (niedziela), 21:08:08

Good bye Lenin

Aleksander:

"Obserwując wieczorem chmury zrozumiałem, że prawda to pojęcie względne. Że w łatwością mogę ją nagiąć do wizji świata mojej matki. Wystarczyło opanować język 'Aktualności okiem kamery' [to taki eNeRDowski Dziennik Telewizyjny z czasów Urbana] i rozbudzić reżyserskie ambicje Denisa. (...)"

Mama:

"Coca-Cola to socjalistyczny napój?"

Wiadomości w wydaniu Denisa:

"Berlin. Podczas historycznego posiedzenia Komitetu Centralnego Socjalistycznej Partii Niemiec, generalny sekretarz KC SDJP, przewodniczący Rady Państwa NRD, towarzysz Erich Honecker, w wielkim humanitarnym geście przyznał azyl polityczny obywatelom RFN od 2 miesięcy ubiegającym się o niego w naszych ambasadach w Pradze i Budapeszcie. Honecker widzi w tym historyczny zwrot stosunków Wchód-Zachód. Obiecał ofiarować uchodźcom po 200 marek przy wjeździe do NRD. Bezrobocie, brak perspektyw, wzrost siły politycznej neonazistowskich republikanów, pchnęły w ostatnich miesiącach wielu strapionych obywateli RFN do odrzucenia kapitalizmu. Przybyli tu po nowe, robotniczo-chłopskie jutro."

Aleksander:

"Trzeba przyznać, że mój plan zaczął żyć własnym życiem. NRD jakie tworzyłem dla swojej matki stawało się NRD jakiego sam mogłem sobie życzyć."


Luźne myśli

  • Film niewątpliwie jest o miłości, ale czy w imię miłości wolno kłamać? Na pewno nie i może dlatego ten film jest taki fatalny.
  • Jeżeli tresć jest tragiczna, ale mimo to można i należy się śmiać to mamy doczynienia z groteską.
  • Boję się, że film jest jednopokolejniowy i nikt, kto nie żył w komuniźmie i nie pamięta 1989 roku nie załapie o co w tym filmie chodzi.
  • Cena za płytkę DVD 12,99zł - warto było.

Kategorie: to lubię, film, _blog


Słowa kluczowe: NRD, komunizm, Honecker, Lenin


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
10 kwietnia 2006 (poniedziałek), 12:55:55

Gazeta Wyborcza contra Nasz Dziennik

Na początek definicja:

 

Prawda to opis rzeczywistości

 

A teraz można próbować dochodzić prawdy analizują takie dwie wypowiedzi:

Gazeta Wyborcza:

Przyboczny Rydzyka stracił na giełdzie miliony

Marcin Kowalski, Piotr Głuchowski 08-04-2006

Co się stało z częścią świadectw udziałowych NFI, które Radio Maryja zbierało na ratowanie Stoczni Gdańskiej?

Pełnomocnik księdza Króla przynosił kilogramy świadectw w torbach turystycznych - wspomina pracownik nieistniejącego już biura maklerskiego Eastbrokers (Global Capital Partners). - Świadectw było około pół miliona. Na niektórych widniały ręczne dopiski "Dar dla Radia Maryja".

Ks. Jan Król to główny dziennikarz polityczny toruńskiego radia i TV Trwam. Prowadzi audycje z udziałem prezesa Jarosława Kaczyńskiego, premiera i goszczących w Toruniu ministrów. Jego sukcesem było "parafowanie" paktu stabilizacyjnego wyłącznie przed kamerami toruńskiej telewizji.

Ks. Król jest też kasjerem Radia Maryja, współwłaścicielem TV Trwam, kwestorem toruńskiej uczelni o. Rydzyka i właścicielem 25 proc. akcji giełdowej spółki ESPEBEPE.

To jemu o. Rydzyk przekazał świadectwa NFI zebrane w latach 1997-98 od słuchaczy na ratowanie Stoczni Gdańskiej. Ile ich było - zakonnicy nie ujawnili. Według naszych informacji - od 600 tys. do miliona. Cena jednego wahała się między 60 a 160 zł.

Część świadectw ks. Król zamienił na akcje NFI. W transakcji pośredniczyło małe warszawskie biuro Eastbrokers z ul. Solec. Ks. Król nie zaglądał tam osobiście. Działał przez pełnomocnika - inżyniera Aleksandra R.

Były pracownik Eastbrokers wspomina, że inżynier podpisywał wszystkie zlecenia od księdza. W latach 1998-99 Aleksander R. obracał w jego imieniu wielkimi pakietami akcji.

Ks. Król był wczoraj dla nas nieuchwytny. Inżynier zaś odmówił odpowiedzi na pytanie, skąd pochodziły pieniądze na tamte transakcje. - Pierwsze słyszę, że pan Król jest z tego radia i że jest księdzem - mówi Aleksander R. - Zawsze gdy się widywaliśmy, był po cywilnemu. Skąd pochodziły świadectwa - nawet gdybym wiedział, bym nie zdradził.

Były pracownik biura maklerskiego: - Jan Król i jego pełnomocnik kupowali spółki, o których można było przeczytać w gazetach, że dobrze rokują. Nie mieli wielkich zysków. Aż pewnego dnia pan R. przyszedł z nowym pomysłem - ESPEBEPE.

Szczecińskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego trafiło na giełdę w 1994 r. Akcje kosztowały zrazu ponad 30 zł, potem taniały. W latach 1999-2000 płacono za jedną między 3 a 10 zł, co oznaczało, że spółkę można było przejąć za 5-15 mln zł.

Ale ESPEBEPE było i jest właścicielem terenów w Szczecinie (np. przy wylotówce na Warszawę - ul. Strugi) i w Świnoujściu. Ich wartość to co najmniej 50 mln. Do tego spółka ma warte kolejne miliony udziały w firmach zależnych.

Od 1999 r. Aleksander R. za pośrednictwem Eastbrokers masowo skupował akcje ESPEBEPE - na siebie i ks. Króla. Wielkie zakupy podbiły kurs o kilkaset procent. Inżynier, aby kupować dalej, podparł się kilkumilionowym kredytem inwestycyjnym.

W 2001 r. roku Jan Król ma już 25 proc. ESPEBEPE, zaś Aleksander R. - 9 proc. Obaj zyskują bezwzględną większość na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. Inżynier zostaje szefem rady nadzorczej.

A spółka tonie. Gigant, który zatrudniał kilka tysięcy ludzi i budował autostradę w Czechach, staje się bankrutem. Rosną długi, pracownicy nie dostają pensji. W trakcie 2001 r. cena akcji spada trzydziestokrotnie: z 9 zł w marcu do 37 groszy w grudniu. W maju 2002 sąd ogłasza upadłość. Zdaniem Aleksandra R. pochopnie. - Firma była do uratowania, ale załatwiła ją rządząca lewica z powodów politycznych - mówi tajemniczo.

Władzę nad ESPEBEPE przejmuje syndyk. Ks. Król i jego pełnomocnik tracą zainwestowane pieniądze i nadzieje na sprzedaż terenów. Traci ważność m.in. sporządzona już umowa wstępna na sprzedaż działki przy ul. Strugi, za którą kupiec miał dać 30 mln zł. Akcji ESPEBEPE też nie można sprzedać, bo wycofano je z notowań giełdowych.

Ks. Król i Aleksander R. zostają z niespłaconą czteromilionową pożyczką bankową - zastawem pod nią są weksle. Wykupuje je za 2 mln zł Warszawska Prowincja Redemptorystów, spłacając część pożyczki. Pieniądze pochodzą z konta Radia Maryja.

Nasz dziennik:

Nieprawdziwe treści "Gazety Wyborczej"

Informacja własna redakcji Radia Maryja, 8 kwietnia 2006

"Gazeta Wyborcza" z 8-9 kwietnia 2006 r. zamieszcza artykuł pt. "Przyboczny Rydzyka stracił na giełdzie miliony". Otóż, informacja ta w sposób sensacyjny prezentuje treści, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością i nie są prawdziwe.

Rzeczywiście, Warszawska Prowincja Redemptorystów pozyskała świadectwa udziałowe Narodowych Funduszy Inwestycyjnych - jeśli pamięć nas nie myli - o wartości nominalnej około 15 złotych. W pewnym momencie podjęto decyzję o ich dematerializacji, a to można było uczynić poprzez otwarcie rachunku inwestycyjnego w biurze maklerskim. Tak też uczyniono.

Faktycznie, korzystano z pomocy osób trzecich, co do których wiedzy, kompetencji i uczciwości nie mieliśmy zastrzeżeń. Osoby te przekazały nam informacje, że jeżeli pieniądze pochodzące z zamiany świadectw na gotówkę nie muszą być wydane, to konkurencyjną ofertą - w sensie pozytywnym, by je zabezpieczyć, by przynosiły pożytki w postaci odsetek - nie jest rachunek terminowy czy zwykła lokata bankowa, lecz propagowany w owym czasie zakup papierów wartościowych w postaci akcji notowanych na giełdzie.

W tym okresie również "Gazeta Wyborcza" promowała te formy oszczędzania i przyrostu wartości pieniądza. Sugerowano nam i doradzano, by rzeczywiście zakupić akcje spółki giełdowej. Tak też się stało. Nasi doradcy proponowali nam - być może cynicznie - że warto kupić akcje takich spółek giełdowych, które są nabywane przez banki czy środowiska finansistów.

Wybrano spółkę ESPEBEPE, m.in. dlatego że znaczącym inwestorem w akcje tej spółki była grupa kapitałowa bardzo dynamicznie rozwijającego się banku, a także osoby uchodzące za zawiadujące finansami potężnej grupy, niekarane sądownie, mające w miejscach zamieszkania dobre opinie, uznawane w środowiskach ludzi biznesu za wiarygodne. Daliśmy się przekonać i zezwoliliśmy na taki zakup.
Niestety, bardzo bogata spółka, mająca dużo bardzo dobrych nieruchomości, przewyższających swoją wartością giełdową wartość kapitału akcyjnego - okazała się niedobrą inwestycją.

To, co się stało, do tej pory jest zagadkowe. Znakomita spółka, zatrudniająca bardzo dużo pracowników rzetelnie wykonujących swoje powinności, ogłosiła upadłość. Pracę stracili niewinni ludzie, a pieniądze - ogromna liczba akcjonariuszy. Nie pogodziliśmy się z tą sytuacją.

Powierzyliśmy zbadanie tej sprawy adwokatom, niestety, mającym z natury rzeczy bardzo ograniczony dostęp do dowodów w tej sprawie, stąd długotrwałość badania i kwerendy dowodowej.

Właśnie niedawno nasi adwokaci zakomunikowali nam, że aktualnie jest stworzony klimat w Polsce i będzie można pokusić się o szczegółowe wyjaśnienie tych wielu zagadek, czy przypadkiem działania przestępcze nie legły u podstaw upadłości tej spółki. W szczególności trzeba będzie zbadać, jak to się stało, że atrakcyjne składniki majątkowe na niekorzystnych warunkach opuściły spółkę.

Nasi adwokaci rozpoczęli przygotowywanie oficjalnego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa do organów ścigania.

W tym celu m.in. nawiązali kontakt - na razie werbalny - z organami ścigania. Mamy nadzieję, że zbyt wczesne upublicznienie sprawy przez "Gazetę Wyborczą", przed rozpoczęciem aktywności organów ścigania, nie zaszkodzi dochodzeniu prawdy materialnej, albowiem sprzyja uruchomieniu tych osób i tych środków, które były kreatorami tej upadłości.

Nie chcemy przez to powiedzieć, że "Gazeta Wyborcza" pozyskała informacje z kancelarii naszych adwokatów lub osób, z którymi się oni spotykali, by zabezpieczyć dowody w sprawie, i przedwcześnie je ujawniła, choć niektórzy i takie wnioski mogą wyciągnąć.

Dziennikarzom pracującym w mediach skupionych wokół ojca Rydzyka chciałbym postawić pytanie: w którym miejscu informacje GW są nieprawdziwe, skoro ich komunikat podaje dokładnie te same fakty w równie sensacyjny sposób.


Kategorie: obserwator, _blog


Słowa kluczowe: Radio Maryja, media, Nasz Dziennik, Gazeta Wyborcza


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
15 kwietnia 2006 (sobota), 10:51:51

BS, P&L i CF za rok 2005

 

Dla kibiców prezentuję:

Komentarz:

1. Dołożenie kolumny 2005 poszerza widzenie :-) i aby nieco je zawężyć użyłem w tabelkach fontu 9pt.

2. W tym bilansie (tak jak być powinno) widać wyraźnie co jest i skąd się to wzieło, a dokładnie co w tym roku przybyło i kto za to zapłacił.

3. Pewnie za rok wywalę kolumnę 2002 bo jest nudna.

 

Komentarza c.d.:

3. Niktórzy składają takie życzenia: "obyś wysokie podatki płacił" - a więc 222 tys. poszły na zatracenie.

4. EBITDA jest szokująca.

5. S.D.G.

 

Komentarza c.d.:

6. Uzupełniam braki bo rok temu nie było CF a już jest

 

Z zeszłego roku powielam cytat do sprawozdania zarządu

Teraz wy, którzy mówicie: Dziś albo jutro udamy się do tego oto miasta i spędzimy tam rok, będziemy uprawiać handel i osiągniemy zyski, wy, którzy nie wiecie nawet, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, co się ukazuje na krótko, a potem znika.

Zamiast tego powinniście mówić: Jeżeli Pan zechce, i będziemy żyli, zrobimy to lub owo.

(z listu apostoła Jakuba, z rozdziału 4, werset 13 i następne)

A więc jeśli Pan zechce to za rok umieszczę kolejne tabelki.


Kategorie: tkp, zawodowe, _blog


Słowa kluczowe: Bilans, rachunek zysków, tkp


Komentarze: (2)

nestor, May 23, 2006 23:12 Skomentuj komentarz


jakies kiepskie tlumaczenie cf statement i balance sheet na angielski, masa błedów.

anonim, June 17, 2010 20:25 Skomentuj komentarz


No bo jak się nie umie po angielsku to tak się pisze :-)
Skomentuj notkę
18 kwietnia 2006 (wtorek), 11:20:20

Dwójniak Koronny (z cyklu: to lubię)

Miód pitny
Dwojniak koronny

http://www.pasiekajaros.civ.pl

Producent:
Maciej Jaros, tel: 0 44 724 40 73

Przedstawiciel na Śląsk:
Firma "Norwoks", sklep "Dębowa beczka"
Katowice, Rolna 60, tel 032 20 58 563

Kategorie: to lubię, _blog


Słowa kluczowe: miód pitny, dwójniak


Komentarze: (2)

w34 -> h.a., April 20, 2006 20:21 Skomentuj komentarz


No to czuję się zaproszony :-)

hylanka, April 19, 2006 00:28 Skomentuj komentarz


Rozumiem, że kosztowałeś, a może nawet piłeś :))
My szarpnęliśmy się na dwójniak własnej roboty. Leży już dwa lata, jeszcze młodziutki... Czasem próbujemy, bo ciekawość zżera nas. Zobaczymy, co wyjdzie z tego wszystkiego. Cel: Abraham Stefana za 5 lat. Już zapraszamy!!
Skomentuj notkę
20 kwietnia 2006 (czwartek), 09:32:32

Madamy i Zientelmeny

Odgrzewam kawał:

Przyjechał Francuz do Moskwy i mu się zachciało więc szuka toalety. Widzi, że jest i widzi, że na jednych dzwiach stoi ("stoi napisane" to rusycyzm) litera "М" zaś na drugich "Ж" (Ź).

Pomyślał, że "М" to мужчинy (muszczyny) a "Ж" (Ź) to женщинy (źenszczyny) więc na pewniaka wchodzi do M i po chwili wrzasku wychodzi z guzem nabitym damską parasolką.

I wtedy zrozumiał, że "М" to madamy a "Ж" - źentelmeny!


Kategorie: kawały, _blog


Słowa kluczowe:


Komentarze: (1)

Marek, May 2, 2006 10:37 Skomentuj komentarz


"stoi napisane" to rusycyzm

nie koniecznie, w niemieckim tez sie tak mowi/pisze czyli "es steht geschrieben"
Skomentuj notkę
25 kwietnia 2006 (wtorek), 15:54:54

Brak czasu

Co to się porobiło?!!!

Mój Outlook pełny jest nieprzeczytanych maili a biuro zakopane stertą ważnych papierów (łacznie z niesprawdzonym PIT-36).

Mój kalendarz (naprawiony iPAQ) zrobił tak, że muszę pracować od rana do wieczora czasem robiąc dwie rzeczy na raz - a potem to mi się już nie chce.

Ale mój mózg jeszcze działa i to daje nadzieje, że się z tego odkopie.


Kategorie: , _blog


Słowa kluczowe:


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę
25 kwietnia 2006 (wtorek), 22:16:16

Nadzieja (zabawa w słowa)

O nadziei napisałem list do Urszuli

Droga Urszulo

Od dłuższego czasu próbuję zmierzyć się z tematem nadziei. Próbuję i nic bo temat nie jest łatwy więc jako człek leniwy unikam i wolę rozkoszować się ponownym wałkowaniem słów, którymi zajmowałem się kiedyć - ale ponieważ oczekujesz jakiegoś listu na ten temat to czuję się zachęcony (już nie będę używał w tym kontekście niewłaściwego słowa "sprowokowany") do tego aby napisać. A więc o nadziei... próbuję.

#1. Spróbuję wyjść od definicji. Nadzieja to ... - no właśnie, tu się załamuje, bo okazuje się że z nadzieją to nie jest tak łatwo jak z prawdą, miłościa, dobrem, wszechświatem, wolą, mocą - czyli z wszystkimi słowami, które w trakcie mojej zabawy w słowa udało mi się podefiniować. To, że nie jest łatwo nie oznacza jedna, że jest to niemożliwe. W końcu na codzień używamy tego słowa mając nadzieję, lub też (czasem wydaje mi się, że częściej) używamy jego zaprzeczenia opisując sytuacje beznadziejne. Wiec próbuję jeszcze raz, może się uda.

#2. Nadzieja to jest ... - Ufff.... I dalej nic, bo nawet trudno znaleźć kategorie, do której nadzieje wsadzić. Ale zastanówmy się: czy nadzieja to rzecz? Nie. Relacja? Też nie. Byt osobowy? Tym bardziej nie, choć czasami się ją personifikuje malując alegorie na pięknych obrazach. Ale chwile! Przecież nadzieja jest podobna do radości, smutku, zadumy, zakochania - nadzieja jest stanem stanem osoby a dokładniej jej stanem psychicznym.

No dobrze - to z kategorią sobie jednak poradziłem i wiem, że, nadzieja to stan psychiczny osoby.

 #3. Kiedyś próbując zdefiniować smutek doszedłem do idiotycznej taulologii, że "smutek jest to stan psychiczny, w którem danej osobie jest smutno". Pisząc to uśmiałem się bardzo i teraz mam nadzieję (he, he - nadzieję), że z nadzieją już tak idiotycznie nie musi, bo nadzieja to stan psychiczny, w którym osoba wierzy, że bedzie lepiej niż jest. I chyba zaczynam widzieć już jakiś zarys definicji. Nadzieja to stan osoby, w którym wierzy i oczekuje ona poprawienia swojej sytuacji, wierzy w to, że będzie lepiej. Czy widzisz to? Coś się wyłania!

#4. Pięknie się definiuje trudne słowa przy pomocy kolejnych trudnych słów a tu pojawia się takie właśnie trudne słowo: wiara: Czym że jest wiara? Sięgam do sprawdzonych określeń, wybieram właściwe i wiem, że wiara to pewność dotycząca rzeczy, których udowodnić (wiedzieć) się nie da.

A więc teraz definicja nadziei może wyglądać tak: Nadzieja to przekonanie, wiara, pewność dotycząca tego, że w procesie zmiany dotyczącej posiadającej nadzieje osoby zmiany te będą przez nią oceniane jako dobre. Nadzieja to wiara w to, że będzie lepiej. Długie, ale całkiem niezłe - szukam więc dalej.

#5.  Poradziłem sobie z wiarą a tu znowu pojawiają mi się trudne słowo: "lepiej" - słowa określającego relację pomiędzy dwoma stanami opisanymi przez skararne dobro. Ojej - jak matematycznie mi to wyszło, chyba przegiąłem - ale ważne jest, że mamy tu trudne słowa "dobro", które na potrzeby zabawy ze słowem nadzieja musimy nieco obrobić.

Z dobrem ludzie radzą sobie na trzy sposoby:

  • Wielu podkłada tutaj własne, prywatne definicje, najczęściej pozwalające samodzielnie określać im co jest dobre a co złe. Taka postawa jest bardzo wygodna i często stosowana przez współczesnych intelektualistów (patrz Tygodni Powszechny i Gazeta Wyborcza) i idących na skróty rodziców, którzy na codzień wykorzystują ją w takim oto triku: "rob tak jak ja ci każę, ponieważ tak będzie dobrze, a co to znaczy dobrze to też ja ci wytłumaczę - czyli de facto rób tak jak ci każę, bo przecież chcesz kierować się dobrem".
  • Najczęściej jednak ludzie żyją bez zastanawiania się co to jest dobro. Po prostu żyją i żyjąc utożsamiają dobro albo z harmonią i porządkiem we własnym świecie,  czasem ze zdrowiem i bogactwem, często z przyjemnymi relacjami z innymi ludźmi ale czasem wręcz ze swoją przyjemnością. W przeciwieństwie do punktu poprzedniego nie myśleniejeszcze bardziej ułatwia doczesne życie - wszak wszystko robi się dobrze i jest fajnie... do póki jest fajnie.
  • Trzeci sposób to proba poszukania definicji dobra poza sobą, poza swoim myśleniem. Niektórzy (demokraci) próbują szukać w koncensusie wielu osób co w zasadzie sprowadza się do postawi pierwsze - szukanie określenia dobra w człowieku. Inni grzebią w tradycji, historycznych doświadczenia ludzkości olbo wręcz w objawieniu i to zaczyna być nawet zabawne. Ja, idąc na skróty należę do tej ostatniej grupy - po prostu probuję odczytać czym jest dobro szukając objawienia się Boga tu na ziemi.

Po powyższym wywodzie czuję się w pełni usprawiedliwiony aby użyć prostej teistycznej definicji dobra mówiącej, że "dobro to stan rzeczy, w których Bóg chce aby się one znajdowały". A wywód ten jest mi potrzebny gdyż przy definiowaniu nadziei pojawia się pewien problem dotyczącym właśnie określenia dobra. Pozwól, że zilustruje go dwoma defnicjami nadziei, które jak zobaczysz - są w opisanej powyżej sprzeczności:

    D1. "Nadzieja to stan osoby, w którym oczekuje ona, że będzie jej epiej, będzie czuś się lepiej"

albo

    D2. "Nadzieja to stan osoby, w którym oczekuje ona, że będzie obiektywnie, niezależnie od jej uczuć lepiej"

Tak więc mam dwie definicje nadziei wyprowadzone z dwóch różnych definicji dobra, definicje raczej sprzeczne bo jedna z nich zakłada że dobro jest subiektywne, że jest określone przez moją własną osobę, moje odczucia, mój ogląd sprawy zaś drugą  oczekuje, że istnieje jakiś wzorzec dobra, że dobro jest określony przez zewnętrzy punkt odniesienia, że jest coś takiego jak obiektywne dobro.

#6. Kilka dni temu odwiedził mnie przyjaciel, też kawałkami filozof. Podzieliłem się z nim moją potrzebą zajęcia się tym słowem a w wyniku naszej krótkiej rozmowy zauważyliśmy, że wiara sama w sobie jest rzeczą statyczną, że opisuje stane a nie zmiany. Oczywiście wiara może odnosić się do przyszłości, do przeszłości, nawet do procesów ale raczej odnosi się do stanu jakiś bytów, to opisu ich relacji nie zaś do zmian w czasie. Te zmiany w czasie dotyczą właśnie nadziei i można by powiedzieć, że nadzieja (uwaga - idę po bandzie) to iloczyn kartezjański wiary i czasu a dokładnie podzbiór tego iloczyny, który wchodzi w relacje "lepiej".

Wiem, wiem , wiem.... przeginam. Ale pogoda była ładna, siedzieliśmy na tarasie i tak jakoś nam wyszło. Przepraszam.

#7. Zapytałem o nadzieję innego kolegi - odpowiedział prosto: "Jeżeli chodzi o nadzieję chrześcijanina to jest ona pewnością, że mimo tego co obserwujemy a co dotyczy naszych ciał wierzymy, że Bóg mający kontrolę nad wszystkim przeprowadzi nas do miejca, gdzie będziemy się spotykać z Nim, gdzie będziemy zanurzeni w Jego miłości". Nie będę tu podkreślał tych trudnych spraw przyszłych - wystarczy mi stwierdzenie, że będzie dobre - zamiast tego skupię się na wtwierzeniu, że "mimo tego co obserwujemy" i jest to stwierdzenie o tyle ważne, że patrząc wokoło siebie niczego dobrego nie widzimy. I nie chodzi mi tu tylko o to, że Lepper zaraz zostanie premierem - z tym da się żyć, ale ze starzeniem, chorobami, słabościami żyć już trudno a statystyki są przerażające: na stu ludzi 100% umiera i nic z tym począć się nie da. A więc mimo faktu śmierci jest nadzieja?  Tak, bo Bóg daje nam podstawy aby taką nadzieję mieć!

#8. Muszę na chwilę powrócić do moich rozważań o pojęciu "dobra" - muszę, bo mam dwa proste obrazy ilustrujące te dwa różne podejścia do nadziej.

Obraz pierwszy to "zamki na piasku" czyli słowo o nadziei budowanej na subiektywnej ocenie rzeczywistości. Subiektywnej, a więc mnie się wydaje i już. Oczywiście jako człowiek mogę mieć nadzieję zbudowaną na pewnej swojej wiedzy czy też na doświadczeniu. Gdy łapię przeziębienie mam nadzieje, że po trzech dniach wylegiwania się zaprawionego aspiryną wstanę i pójdę na spacer. Spacer to coś lepszego niż leżenie z gorączką a kilkadziesiąt przeziębień, które człowiek w życiu przeszedł sprowadza taką nadzieję do pewności popartej piękną reklamą świetnych środków przeciwgrypowych. Co jednak będzie z moją nadzieją, gdy po tygodniu nie przejdzie a w końcu wezwany lekarz stwierdzi coś dużo poważniejszego niż przeziębienie?

Obraz drugi to "zamek na skale" czyli podejście, w którym za dobro własne przyjmiemy dobro określone przez Stwórce; przyjmiemy, że On, stwarzając wiedział jak to wszystko ma funkcjonować i jakie jest moje miejsce w tej całej układance wszechświata. I w zasadzie w ten obraz różni się od poprzedniego tym, czy skała od piasku - pewnością budowli postawionej na takim podłożu.

Co chciałbym pokazać w tych dwóch obrazach - ano to, że budowanie nadziei na wypowiedziach Boga jest pewniejsze niż budowanie na swoich pomysłach. Oczywiście jedna i druga budowla powstanie i stać będzie - problemem jednak będzie przetrwanie budowli w chwili udzerzenia burzy, nawałnicy, wiatru, powodzi, kataklizmu.

 

#9 Obserwacje:

Miejsce, w którym jestem nie jest dla mnie przyjemne ani dobre - żyjąc na świecie narażony jestem na cierpienia i choroby a w dalszej perspektywie na starość i śmierć? Nie zmieni tego polityka stałęgo podnoszenia przez Komisję Europejską komfortu życia, nie zmieni bogacenie się społeczeństw, najnowsze odkrycia naukowe czy też procesuy ewolucjyjne. Jeżeli więc na chwilę wytrzeźwieję z dobrej zabawy, wyłącze zagłuszajace myśli MTV, odłożę do kredensu ogłupiające cukierki zobaczę, że nadziei mieć nie można bo jest jak jest a za 30, 70 lub 70 lat będzie gorzej. Nie żyję życiem własnych dzieci (bo to odrębne osoby), nie jestem częścią osobowego wszechświata (nie osukujmy się tak jak to robią New Age'owcy), nie ma reinkarnacji (skoro nie pamiętam kim byłem) - tak więc jest źle, będzie gorzej - czy można więc mieć nadzieje?

 #91. Ponieważ nadzieja to wiara w pozytywne zmiany więc podobniejak wiara powinna mieć jakieś przesłanki, jakieś argumenty, jakieś postulaty aby wierzyć (mieć nadzieję) w to lub w tamto. Wiara czy też nadzieja bez jakiejkolwiek argumentacji jest głupia (mądra filozofia zwie takie podejście fideizmem i udowadnia, że gdzieś jest ono sprzeczne) a skoro jest głupia to lepiej jej w codziennym życiu nie praktykować.

#92. Jeżeli swoją nadzieję opieramy na Bogu to musimy pamiętać, że jest on żywą osobą, kimś kto ma wolę, charaktej, kto coś mówi a mówiąc objawia swoją wole i (prawne okreslenie) zaciąga zobowiązania. Jeżeli więc swoją nadzieję opieramy na Bogu to możemy spodziewać się, że wypełni on obietnice, które obiecał i a nie zrealizuje zachcianek, które sprzeczne są z jego charakerem. To jest o tyle ważne, że wielu ludzi zupełnie ignoruje obietnice czy też charakter Boga i olewając całkowicie jego osobę traktują Boga jako spełniacza życzeń, jako gwaranta ich zupełnie nieuzasadnionej nadziei. Oczywiście, Bóg w swojej miłości może zrobić wiele - wszak cuda to jego domena i może nawet jest tak, że poza cudami niczego innego on robić na ziemi nie potrafi - ale oczekiwanie, że w cudowny sposób Bóg będzie łamał swoje zasady, robił rzeczy sprzeczne ze swoją wolą jest oczekiwaniem głupim. Przypuszczam więc, że nie ma co oczekiwać od Boga, że weźmie nie do nieba dlatego bo chciałbym tam być skoro Bóg okreslił dokładnie jak do nieba można i nalezy się dostać. - SŁABE !!!

 #10 No to na koniec słowo "beznadzieja". Proste zaprzeczenie wstawione do definicji wyprowadza nam dwa określenia"

    D1: Beznadzieja to brak wiary w to, że będzie lepiej

albo

    D2: beznadzieja to wiara w to, że nie będzie lepiej.

Niby to samo ale jednak coś innego. Mimo to, nie chcę mi się rostrząsać różnic - zamiast tego wolę skupić się na krytyce beznadziei, choć wiem, że stan taki w człowieku może mieszkać i to może tam mieszkać w sposób w pełni uzasadniony.


Kategorie: _blog, listy


Słowa kluczowe: nadzieja, zabawa w słowa


Komentarze: (0)

Skomentuj notkę

Disclaimers :-) bo w stopce coś wyglądającego mądrze można napisać. Wszystkie powyższe notatki są moim © wymysłem i jako takie związane są ze mną. Ale są też materiały obce, które tu przechowuję lub cytuje ze względu na ich dobrą jakość, na inspiracje, bądź ilustracje prezentowanego lub omawianego tematu. Jeżeli coś narusza czyjeś prawa - proszę o sygnał abym mógł czym prędzej naprawić błąd i naruszeń zaniechać.